Apel o pomoc dla naszego Kolegi Doktora Romana Kuźniewicza

https://www.siepomaga.pl/roman-kuzniewicz

środa, 23 września 2009

Kryzys zamyka lekarzom drogę do specjalizacji

Tak brzmiał tytuł z Dziennika – Gazeta Prawna z 22 września. Na stronie tytułowej dziennikarka opisuje dramatyczną sytuację w jakiej znajdują się rzesze młodych adeptów sztuki medycznej. Zgodnie z prawem Ministerstwo Zdrowia powinno na 21 dni przed dniem zakończenia aplikowania o etaty rezydenckie określić ich liczbę. Niestety, taka lista nie została w ustawowym terminie ogłoszona. Dla młodych lekarzy to dramatyczna sytuacja, co robić? Czekać? A może jednak wyemigrować i leczyć Niemców, Norwegów lub Anglików? W artykule oraz komentarzu redakcyjnym jako winnego zaistniałej sytuacji wskazuje się kryzys. Ta pozornie słuszna teza wymaga bardziej zdecydowanego komentarza. Nie idzie bowiem o jedną z setek czy tysięcy pozycji budżetu państwa, cena tego typu nieodpowiedzialnej decyzji i cięcie kosztów przez ministra finansów stwarza zagrożenie bezpieczeństwa zdrowotnego Polek i Polaków. Zagrożenie to nie dotyczy jutra ani nawet najbliższych lat, ale w wieloletniej perspektywie polityka w zakresie ochrony zdrowia prowadzona od dekad (a w zasadzie od 1945 roku) prowadzi donikąd. Brak systemowych zmian i niski poziom finansowania spycha nas na ostatnie lokaty na mapie cywilizowanego świata. Znamy statystyki dotyczące np. raka szyjki macicy stawiające nas na szarym końcu Europy i nie tylko Starego Kontynentu.

Ale kogo to obchodzi? Przypomina mi się słynne stwierdzenie J. Urbana, rzecznika prasowego rządu na początku lat 80-tych: „rząd się wyżywi”. Arogancja i bezczelność godna czasu pogardy dla człowieka, ale dziś podobna postawa klasy politycznej wyrażana postawą ministra finansów budzi mój najgłębszy sprzeciw.

Gdzie my żyjemy? Czy to Polska właśnie?

W trakcie pisania tego tekstu otrzymałem list od Czytelnika, zamieszczam poniżej Jego komentarz i link.

Liczba miejsc dla lekarzy i lekarzy dentystów, którzy rozpoczną specjalizację na podstawie postępowania kwalifikacyjnego przeprowadzonego w terminie 1– 31 października 2009 r.

Najświeższy komentarz Czytelnika - młodego lekarza

Wszyscy jednogłośnie mówią: "Potrzeba lekarzy !". Widać jednak, że ministerstwo próbuje upiec dwie pieczenie na jednym ogniu w dodatku oszczędzając na finansach. Zapytają jak to mało miejsc, przecież są. Są. Ale nie dla STAŻYSTÓW. Etatowcy (nowi) też nie zdążą znaleźć sobie miejsc etatowych bo do 30 września trzeba złożyć dokumenty. Staż kończy się 31 października. Czyli specjalizacje będą dla starych etatowców, którzy ich jeszcze nie otworzyli. Duża grupa będzie zmuszona do zmiany kierunku w którym będą się specjalizować (vide Med. Rodzinna) do czasu uzyskania etatu, bo świeży etat po stażu to trudna sprawa - ewentualnie wolontariat do czasu otrzymania etatu. Kopaczowa zrobiła to w białych rękawiczkach - "Przecież miejsca są" - powie. "To źli dyrektorzy Was nie chcą". I na koniec: etatowa specjalizacja trwa dłużej - czyli mamy tanią siłę roboczą na parę następnych lat.

Pozdrawiam i przepraszam za "żółć"

Czy Rektor Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu Ryszard Andrzejak popełnił plagiat?

Jest kolejny dowód na plagiat rektora AM

To pytanie po raz pierwszy publicznie zostało postawione w listopadzie 2008 roku, czyli niebawem od tej chwili minie rok. Ta bulwersująca sprawa ogniskowała na sobie uwagę wrocławskiego środowiska naukowego, ale była przedmiotem zainteresowania także w całym kraju. Waga gatunkowa tych zarzutów jest ogromna; rektor dużej, publicznej uczelni został oskarżony o plagiat, jeden z najpoważniejszych zarzutów jakie można postawić naukowcowi. Gdy takie podejrzenie dotyczy tak ważnej osoby to konieczność jak najszybszego rozstrzygnięcia jest oczywista. I nie tylko w interesie środowiska wrocławskiego, ta sprawa cieniem kładzie się na wiarygodności całego polskiego środowiska akademickiego. Tak jak przed laty afera plagiatowa dr hab. A. Jendryczki z naszej uczelni hańbą okryła polski świat nauki.

Kilkakrotnie pisałem o sprawie Rektora Andrzejaka i nadal oczekuję, podobnie jak cały polski świat uniwersytecki, na czytelny sygnał: winny lub niewinny.

Od dziś będę etapami publikował dokumenty dotyczące sprawy w chronologicznym porządku. Dzięki temu każdy Czytelnik będzie mógł ocenić fakty, a nie tylko zasłyszane opinie i wyrwane z kontekstu fragmenty całości.

Odstępstwem od porządku chronologicznego będzie niedawna publikacja prasowa, którą przytaczam na początku.

Dokument 1
Dokument 2
Dokument 3
Dokument 4
Dokument 5
Dokument 6
Dokument 7

wtorek, 22 września 2009

Z życia SUM opisane w lokalnej prasie

Spór o zwolnionego dyrektora szpitala w Ochojcu

poniedziałek, 21 września 2009

Wyniki LEP-u dla stomatologów, wrzesień 2009

Wyniki są interesujące, mamy grupę liderów: Szczecin, Warszawa, Lublin, potem parę punktów mniej mają absolwenci z pozostałych uczelni, poza młodymi stomatologami z Krakowa, którzy tracą 3 punkty do przedostatniego Poznania. Warto też zauważyć, które uczelnie notują postęp, które regres, w końcu 3 uczelnie w tym nasi absolwenci nie zmienili swej lokaty. Zastanawia słaba pozycja renomowanych uczelni z Krakowa i Poznania.

Nasi absolwenci to ciągle „średniacy”, na szczęście opuściliśmy ostatnie miejsce z roku ubiegłego, ale nie widać dalszego marszu w górę klasyfikacji.


Dentyści

Punkty/miejsce
wrzesień 09

Dentyści

Punkty/miejsce
marzec 09

Zmiana lokaty
Szczecin 143,1 143,4/4 +3
Warszawa 142,5 145,3/3 +1
Lublin 143,1 138,8/7 +4
Wrocław 137,4 151,3/1 -3
Gdańsk 134,1 141,2/5 b.z.
Katowice 133,4 141,1/6 b.z.
Białystok 133,2 136,8/10 +3
Łódź 133,2 139,8/8 b.z.
Poznań 133,0 146,3/2 >-7
Kraków 130,1 136,8/8 -2

piątek, 18 września 2009

Śląski Uniwersytet Medyczny w obiektywie (nr 2.)

Nadal zostajemy w Zabrzu, w SK-1. Dziś prezentuję zdjęcie budynku neurologii. Aż trudno uwierzyć, że tu mieści się Katedra i Klinika Neurologii macierzystego Wydziału naszej uczelni…


neurologia

czwartek, 17 września 2009

Udział w sympozjach naukowych młodych lekarzy

Młodego lekarza nie stać na udział w kongresie

środa, 16 września 2009

Recenzja artykułu poglądowego dokonana przez anonimowego recenzenta

„Manuskrypt systematyzuje informacje na temat [...]. W sposób prosty i rzeczowy w oparciu o literaturę podkreśla ryzyko poszczególnych [...]., zwracając uwagę na [...]. jako niedoceniany problem związany ze zwiększeniem ryzyka [...]. Artykuł jest poprawny merytorycznie przy czym zawiera powszechnie znane informacje dotyczące [...]. Trudno doszukać się w nim elementów nowości jak również elementów osobistej pracy twórczej autora.
Jeśli Redakcja uznaje celowość zamieszczenia usystematyzowanych informacji o [...] to stoi przed możliwością zamieszczenia go w formie nadesłanej.
Druga alternatywa to odrzucenie artykułu. Realizacja drugiej, ambitniejszej alternatywy wiąże się z ilością nadesłanych prac tzw. portfelem redakcyjnym i oczekiwaniami czytelników (tu nazwa pisma)”.

W celu uniemożliwienia ewentualnej identyfikacji autora z zaznaczonych miejscach zamiast słów znajdujących się w oryginalnym tekście są puste miejsca.

Ciekaw jestem jak się ta recenzja podoba Czytelnikom bloga, czekam na komentarze.

poniedziałek, 14 września 2009

Sala wykładowa

Jeden z Czytelników, pewnie student komentując zdjęcie budynku przyszłego OIOM-u celnie zapytał gdzie zatem znajduje się sala wykładowa. W tym bowiem miejscu znajdowała się jedyna sala wykładowa Wydziału Zabrzańskiego (nie licząc sal w Rokitnicy, które trudno określić mianem sal wykładowych).
Informuję, że mój wydział nie posiada sali wykładowej.
Władze uczelni usiłują co prawda nam wmówić, że rolę sali wykładowej może pełnić sala sekcyjna w Katedrze Patomorfologii, ale każdy kto zna tę salę uzna to za pomysł całkowicie chybiony.

Śląski Uniwersytet Medyczny w obiektywie (nr 1.)

Od dziś zaczynam nowy cykl: Śląski Uniwersytet Medyczny w obiektywie. Warto spojrzeć na budynki i wnętrza naszej uczelni. Sądzę, że wielu z nas zna ją tylko pobieżnie, ja także. Zacznę od mego Wydziału i szpitala, w którym pracuję.
Zdjęcie przedstawia budynek SK-1 w Zabrzu gdzie będzie się mieścić w przyszłości Oddział Intensywnej Opieki Medycznej oraz sale operacyjne. Bardzo nam brakowało tego obiektu. Jego budowa została zaplanowana przez poprzednią dyrekcję szpitala i w znacznej części już wtedy zgromadzono środki finansowe na tę inwestycję. Trudno dziś orzec kiedy nastąpi otwarcie obiektu, ale chyba ten moment nie jest taki bliski bo prawdziwe wyzwanie, także finansowe, to wyposażenie w sprzęt.


oiom1

niedziela, 13 września 2009

Modo sovietico w Ameryce...

W polskim świecie nauki ciągle spotykamy wzorce z minionej epoki, gdy otwartość, merytoryczna dyskusja oraz swoboda wypowiedzi była ograniczana i manipulowana na różne sposoby. Nie dotyczyło to bynajmniej tylko sfery nauk społecznych czy historii, ale obejmowało także nauki medyczne. Dobrym przykładem z mojego własnego doświadczenia odzwierciedlającym realia minionej epoki jest historia dotycząca wykładu jaki wygłosiłem przed laty w ramach spotkań naukowych Towarzystwa Internistów Polskich. Zgodnie z moimi kompetencjami mówiłem o osteoporozie, a po wykładzie dostałem się po ostrzał pytań ówczesnego konsultanta wojewódzkiego w zakresie chorób wewnętrznych prof. Jana Duławy. Dyskusja była momentami gorąca, ale dotyczyła meritum wykładu. Następnego dnia jeden z moich starszych kolegów, kierując się zapewne uczciwymi pobudkami, zwrócił mi uwagę, że nie mogę sobie pozwolić, jako młody adiunkt, na tak otwartą dyskusję z konsultantem wojewódzkim. „Złamie Pan sobie karierę” usłyszałem od skądinąd życzliwego mi człowieka.

To było w 1995 roku i wcale nie uważałem wtedy (dziś zresztą myślę dokładnie tak samo) bym zachował się niestosowanie lub przekroczył jakieś umowne granice społeczne. Dyskusja po moim wykładzie była prawdziwą wymianą poglądów, ale wtedy to nie było wcale normą. Sam parokrotnie byłem świadkiem gdy padało z sali niewygodne dla wykładowcy pytanie to tzw. autorytet w danej dziedzinie karcił pytającego mówiąc: „Kolego, zadaje Pan takie oczywiste pytanie, co pan robił na studiach?” Albo stosowano inny sposób na unikniecie odpowiedzi polegający na udawaniu, że pytanie nie padło! Nic zatem dziwnego, że znakomita część audytorium jak ognia unikała zabierania głosu w obawie przed ośmieszeniem.

Brałem udział w dziesiątkach kongresów zagranicznych i dotąd nie byłem świadkiem tego typu zachowania wykładowcy. Aż do 12 września 2009. Od 11.09 biorę udział dorocznej konferencji ASMBR (American Society for Bone and Mineral Research) w Denver. Na jednej z sesji dotyczącej bardzo ważnych zagadnień oceny ryzyka złamań prowadzonej przez jednego z guru światowej osteoporozy prof. J. Kanisa zadałem mu pytanie. Chodziło o to, że w algorytmie oceny ryzyka złamań zwanym FRAX (prof. Kanis jest głównym autorem tej koncepcji) nie jest uwzględniona rola upadków i zasugerowałem, że należy w przyszłości wzbogacić FRAX o te informacje. Najpierw profesor wcale nie chciał odpowiedzieć udając, że nie rozumie pytania, ale po chwili w paru zdaniach stwierdził, że nie ma takiej potrzeby by ten czynnik ujmować. W ten sposób zaprzeczył wynikom dziesiątków znanych badań w oczywisty sposób mijając się z obiektywnym stanem wiedzy. W imię własnej nieomylności i doskonałości skopiował znane wzorce znane nam świetnie z polskiego podwórka. To było niewiarygodne, na tak znakomitym kongresie, bodaj najlepszym na świecie, cofnęliśmy się do minionej epoki. Ten przykład pokazuje, że nigdzie na świecie nie ma patentu na stały poziom dyskusji, że takie sytuacje mogą się trafić nawet w Stanach, a brak poszanowania zasad akademickich może dotyczyć osób z krajów tak długiej tradycji uniwersyteckiej jak Wielka Brytania, z której pochodzi prof. Kanis.

Ciekaw jestem jakie doświadczenia dotyczące dyskusji na współczesnych kongresach naukowych mają Czytelnicy bloga, czekam na komentarze.

sobota, 12 września 2009

W odpowiedzi na poważny zarzut Czytelnika:

„Panie Profesorze, wobec stwierdzonej przeze mnie cenzury występującej na tym blogu (trochę niespodziewanie) nie będę dalej dyskutować z tym biedakiem, którego najwyraźniej nie dopuszczono do udziału w badaniach klinicznych”.

Ten komentarz nadszedł od anonimowego Czytelnika do tekstu zatytułowanego „W odpowiedzi na pytanie Czytelnika” z 4.09.09 i został opublikowany 11.09.09 o 22.12.

To bardzo poważny zarzut wobec mnie, oskarżenie o cenzurowanie bloga podważa jego wiarygodność i sens istnienia. Mój blog powstał jako protest przeciwko manipulacji, arogancji, dezinformacji. Nigdy, podkreślam, NIGDY nie stosowałem cenzury przy akceptowaniu komentarzy od Czytelników. Proszę zobaczyć niektóre komentarze dotyczące sprawy zablokowania dostępu do bloga w SK-1 w Zabrzu, część z nich wcale nie popiera mego poglądu.
Nie zamieszczam na blogu komentarzy zawierających treści i słowa niecenzuralne oraz obrażające w sposób odbiegający od dobrych obyczajów osoby trzecie.
Dotąd wstrzymałem publikację 13 komentarzy.

piątek, 11 września 2009

Plagiaty

Plagiaty zdarzają się w każdym środowisku, człowiek jest istotą ułomną. Pewnie znaczna część tego typu oszustw nigdy nie wychodzi na jaw, ale interesująca jest obserwacja co dzieje się z plagiatorem po ujawnieniu przestępstwa. Zawsze dalszy bieg spraw jest probierzem poziomu cywilizacyjnego danego środowiska, z którego pochodzi sprawca (czytaj, wrażliwości na uczciwość i poszanowanie prawa).

W polskim świecie akademickim od jesieni 2008 roku o plagiaty podejrzany jest Rektor Akademii Medycznej we Wrocławiu profesor Ryszard Andrzejak. Dotąd sprawa nie została wyjaśniona i trudno zrozumieć dlaczego okres blisko roku nie wystarczył by albo oddalić zarzuty bądź potwierdzić fakt popełnienia plagiatu.

Elita intelektualna społeczeństwa, nauczyciele młodzieży, profesorowie, wzory do naśladowania, polskie uniwersytety…ale wstyd…

Ale są środowiska, których taka wstydliwe zarzuty kończą się inaczej, zapraszam do otwarcia linku poniżej.

Burmistrz Tyczyna za plagiat straci stanowisko

środa, 9 września 2009

Nowczesność w Szpitalu Klinicznym nr w Zabrzu, czyli jak odpowiednio wykorzytać Internet

Najedź myszą na poniższy obraz, żeby zobaczyć go w większm rozmiarze


cenzura z Szpitalu Klinicznym w Zabrzu

poniedziałek, 7 września 2009

Wydarzenia w Śląskim Uniwersytecie Medycznym nadal w centrum zainteresowania prasy

Dyrektor katowickiego GCM odwołany

piątek, 4 września 2009

W odpowiedzi na pytanie czytelnika

Nim poniżej podzielę się mą wiedzą (nastąpi to niebawem) dotyczącą pytania Czytelnika (do postu z 4 września) kilka ogólnych spostrzeżeń. Uważam, że z założenia nauka to sfera wolności, wolności prawie nieograniczonej. Jedyne ograniczenia dotyczą zasad etycznych. Zatem przejdźmy szybko do meritum. Nie sądzę by uczelnia miała obowiązek organizowania czegokolwiek badaczowi, to on musi wiedzieć, co chce robić, co ma badać, z kim zamierza współpracować etc. Wolność uniwersytecka, w tym także wolność naukowa może być realizowana przy minimum warunków obiektywnych. Co nie jest zakazane jest dozwolone. Co to oznacza w uczelni? Szeroko rozumiane władze uczelni mają stworzyć dobrą, sprzyjającą nauce atmosferę, uprościć wszelkie procedury dotyczące badań tak bardzo, jak to jest możliwe czyli dać badaczowi

SWOBODĘ BADAWCZĄ.

Czyli im mniej administracji, nakazu, zakazu, polecenia, zalecenia, dyrektywy, regulacji, formularzy, podpisów, podań, podpisów i pieczątek tym lepiej!

To mamy już z głowy, mamy wymarzony, przyjazny uniwersytet, kompetentną administrację, proste procedury, ale czy to są wystarczające warunki by nauka, także ta tworzona wspólnie z kolegami z innych uczelni kwitła? Nie sądzę, to my sami musimy wykazać się inicjatywą, poszukać partnerów do pracy naukowej, ustalić z nimi zasady współpracy, nauczyć się grać w zespole. Nikt tego za nas nie zrobi.

Na pewno nie będziemy myśleć o takiej działalności gdy w zasadzie każdy nasz ruch wymaga uzyskania pozwolenia, gdy jesteśmy traktowani jak pracownicy z taśmy produkcyjnej, gdy z założenia jesteśmy podejrzewani o najgorsze intencje i czyny...

PS. W moim dorobku mam prace oryginalne publikowane w czasopismach z Listy Filadelfijskiej z kolegami z uczelni medycznych z Warszawy, Wrocławia, Białegostoku, a ostatnio prowadzę duży program badawczy w grupie osób z Warszawy, Łodzi i Poznania. To badanie było prezentowane w prestiżowej sesji Hot Topics na European Calcified Tissue Symposium we Wiedniu w maju 2009r. Pewnie gdyby było realizowane w jednym ośrodku nie było by tak wysoko ocenione - to przykład, że warto pokusić się o dobrych partnerów i zrobić coś wspólnie.

Po wakacjach...

Okres letniego wypoczynku mija już i wypada zająć się innymi sprawami niż urlop. Aczkolwiek proszę o wybaczenie, że nie mogę pozbyć się „syndromu” wakacji. Choć, jak ktoś trafnie zauważył, by efektywnie pracować trzeba się nauczyć odpoczywać. Staram się zachowywać rozsądne proporcje między pracą i odpoczynkiem, ale muszę przyznać, że nie zawsze mi się to udaje ze szkodą dla przyjemności… Dla mnie optymalną formą rekreacji to rower lub narty, a obie dyscypliny najlepiej uprawiać w górach. W ostatni weekend mojego urlopu zmobilizowałem się, wstałem o 4.45, o godz. 8 byłem w Białce u mojego przyjaciela i wieloletniego partnera rowerowego - dr Grzegorza Michniewskiego. Po szybkim śniadaniu ruszyliśmy w kierunku Spiszu by szerokim zakolem po zrobieniu 50 km wrócić do Białki. Koniec trasy prowadził po miejscowych trasach narciarskich. Ta miejscowość od niedawna znajduje się na liście polskich stacji narciarskich i muszę przyznać, że dotąd nie traktowałem Białki, jako miejsca do uprawiania narciarstwa zbyt poważnie. Ale to, co zobaczyłem zmieniło mnie dotychczasowe mniemanie. 8 wyciągów, w tym krzesełka cztero- i sześcioosobowe na rozległym, trawiastym zboczu budzą szacunek.

Po co o tym piszę? Jaki to ma związek z naszym życiem uniwersyteckim?

Ma, i to całkiem spory, spróbuję to wykazać.

Ośrodek w Białce powstał, jako wspólne przedsięwzięcie 48 (!) partnerów = współudziałowców! W Polsce, gdzie każdy sobie „rzepkę skrobie” taka masa ludzi potrafiła się porozumieć. Stworzono od podstaw całkiem nową jakość, a przecież górale to specyficzna nacja, być może jeszcze bardziej skażona indywidualizmem niż przeciętny Polak. Przekonani o swej wyższości mieszkańcy Bukowiny muszą ze zdumieniem przecierać oczy. Narciarze polscy znają zmarnowane znakomite miejsca do uprawiania narciarstwa - Pilsko, Szczyrk, Zwardoń. Te miejscowości biją na głowę potencjalnymi możliwościami Białkę, ale to smutne, pogrążone w chaosie i bałaganie zacofane stacje narciarskie.

Zgoda buduje, niezgoda rujnuje.

Wróćmy do łono uniwersytetów, popatrzmy jak my realizujemy naszą misję - naukę. Nauka jest zaborcza, wymaga spokoju, inwencji oraz szerokiej współpracy. Nie ma mowy o realizacji dużych projektów w pojedynkę, konieczne jest budowanie zespołów ludzkich. Albo nauczymy się ze sobą efektywnie współpracować (ku pożytkowi wszystkich) i będziemy zbierać owoce albo zostaniemy tyle za innymi.

  • Zastanówmy się z iloma osobami spoza naszego miejsca pracy prowadzimy aktywną współpracę naukową?
  • Czy naukowcy z innych uczelni współpracują z Wami?
  • Ile prac z Nimi opublikowałeś?
  • Czy chcemy i potrafimy współpracować z innymi ludźmi?
  • Ile osób zaprosiłeś do współpracy?
  • Ilu badaczy Ciebie włączyło do swych zespołów naukowych?
  • Czy wzorzec naszej współpracy jest bliższy realiom Białki czy skłóconemu Szczyrkowi lub zrujnowanemu Zwardoniowi?

środa, 2 września 2009

Temat miesiąca

Najważniejszym tekstem minionego miesiąca okazał się list Czytelnika bloga z Gliwic (17 sierpnia). Dyskusja wokół tego krótkiego tekstu rozgrzała komentujących do czerwoności (nadeszły 24 komentarze!). Jak widać problematyka dotycząca opieki zdrowotnej jest bardzo bliska wielu z nas. Ale dyskusja pokazała także, obok różnorodności poglądów, także trudności w precyzyjnym komunikowaniu się między ludźmi. Często tym samym słowom przypisujemy zupełnie inne znaczenie co prowadzi do niepotrzebnych nieporozumień. W moim przekonaniu jedną z głównych przeszkód w dyskusji publicznej w ogóle w Polsce jest brak umiejętności słuchania drugiego człowieka, rzetelnej analizy jego poglądów i odpowiednio precyzyjnego wyrażania własnego zdania. Tego musimy się ciągle wszyscy uczyć.

Dziękuję wszystkim dyskutantom, a przede wszystkim Autorowi tego tekstu. 21 sierpnia Autor ustosunkował się do komentarzy Czytelników.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Niedawno spotkałem w pracy mojego młodszego kolegę, lekarza i pracownika uczelni, który poinformował mnie, że dzień zaczyna od otwarcia mego bloga. Inna osoba tego samego dnia zwróciła mi uwagę, że od paru dni nie było nowych tekstów na blogu.

Jest mi bardzo miło, że są osoby na bieżąco śledzące opisywane wydarzenia, cieszy mnie każdy komentarz, niemniej chyba nadszedł czas by nieco zmienić formułę bloga. Jego geneza sięga lutego 2008 roku, a bezpośredni motyw powstania bloga wiązał się z koniecznością obrony mego dobrego imienia w obliczu bezpodstawnych, jak się później okazało, zarzutów wobec mnie i skierowanie przez Panią Rektor wniosku do rzecznika dyscyplinarnego uczelni. Od tego czasu formuła bloga uległa zasadniczej zmianie, a ostatnie miesiące i wydarzenia na Ceglanej spowodowały eksplozję zainteresowania. To czytelnicy, dzięki swej aktywności (stale rosnąca liczba wejść) oraz nadsyłanym komentarzom stali się de facto współtwórcami bloga. Z trybuny moich opinii blog przeistacza się w otwartą, żywą i dynamiczną platformę wymiany myśli, opinii i komentarzy wielu osób.

Staram się obserwować świat wokół, ale nie sposób nadążyć za wszystkimi wydarzeniami. Poza tym zajmuję się wieloma innymi rzeczami, w tym także pracą naukową. Dlatego zawracam się do Was, Czytelników bloga o nadsyłanie na mój adres internetowy tekstów, które będę sukcesywnie zamieszczał. Z pewnością jest wiele nieznanych mi spraw dotyczących szeroko rozumianego życia uniwersyteckiego, a Wasze obserwacje umożliwią dotarcie do coraz szerszego kręgu odbiorców.

sobota, 29 sierpnia 2009

Epokowy pomysł na ratunek służby zdrowia…

Wczoraj w III programie TVP przedstawiono bulwersującą historię dotyczącą szpitala klinicznego bydgoskiej uczelni medycznej. Otóż profesor A. Jawień, kierownik uniwersyteckiej kliniki chirurgii został ukarany dotkliwą karą finansową (7000 zł) za przekroczenie limitu i przeprowadzenie zbyt dużej liczby operacji!

Fakt zbyt małych nakładów na opiekę zdrowotną w Polsce jest bezsporny i trudno winić dyrektora za ten stan, ale pomysł by „karać” lekarza za jego pracę należy wysoko ocenić!

W pracy pijcie kawę, czytajcie gazety, ale od pacjentów wara!

Dotąd wydawało mi się, że to w mojej uczelni medycznej wykluwają się takie „epokowe” odkrycia, ale byłem w błędzie. Polska to kraj wielkich możliwości, liczę, że Czytelnicy podzielą się swą wiedzą dotyczącą innowacyjnych idei, a ja chętnie opublikuję odpowiednie informacje pro publico bono.

piątek, 28 sierpnia 2009

O polskim systemie szkolnictwa

Polska to światowa potęga w kształceniu słabych uczniów

czwartek, 27 sierpnia 2009

Ciekawostka z życia Śląskiego Uniwersytetu Medycznego

Szpital na Ceglanej podatek płaci na ochotnika

wtorek, 25 sierpnia 2009

Czym różni się Polska z roku 1976 i 1981, a Polską z roku 2009?

Radom w historii najnowszej Polski co najmniej dwa razy zapisał się znacząco. W 1976 roku to w tym mieście po raz pierwszy na szeroką skalę zastosowano tzw. „ścieżki zdrowia”. W czerwcu tego roku trwały protesty przeciwko drastycznym podwyżkom cen żywności, głównie mięsa. Ówczesna władza komunistyczna zastosowała wówczas nowatorski sposób „przywracania” porządku publicznego. Ustawiano szpaler milicjantów i kazano schwytanym robotnikom biec między stojącymi funkcjonariuszami, którzy bili ich pałkami. Taka metoda „resocjalizacji”.

Po raz drugi Radom znalazł się w centrum zainteresowania w listopadzie 1981 roku, gdy spacyfikowano Wyższą Szkołę Pożarnictwa. Wtedy był to pokaz brutalnej siły, nie mieliśmy wówczas pojęcia o nadchodzącym końcu festiwalu wolności okresu tzw. pierwszej Solidarności.

W ostatnim okresie w Radomiu miał miejsce protest pielęgniarek, które żądały podwyżki płac. I choć długo odmawiano im prawa do wzrostu wynagrodzeń to przecież ta próba sił na linii pracodawca – pracownicy skończyła się zupełnie inaczej niż przed laty.

Oceniając nasze współczesne życie publiczne, zachowując prawo do krytyki i ostrości sądu, warto czasem spojrzeć wstecz i porównać jak dawniej rozwiązywano konflikty społeczne.

I choć czasem niektórym współczesnym „liderom” zdarza się mentalnie wciąż pozostawać w minionej epoce, to czas ich całkowitej eliminacji z życia publicznego zbliża się nieuchronnie…

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

W lokalnej prasie o przeniesieniu klinik z Zabrza do Katowic

Jeszcze nie koniec awantury o Szpital Kliniczny na Ceglanej

O innej ofierze konfliktu wokół Ceglanej zdań parę

Jeden z Czytelników bloga zwrócił mi uwagę, że uwaga należy się także drugiej przenoszonej do Katowic kliniki, czyli Kliniki Endokrynologii. Ta jednostka to także ofiara działań władz naszej uczelni. Nim zastanowię się nad przyszłym losem endokrynologii niezbędne są pewne odniesienia do przeszłości. W SUM w jego 60-cioletniej historii, do czasu powstania kliniki kierowanej przez prof. B. Kos-Kudłę, nigdy nie było kliniki endokrynologii dorosłych, jako wyodrębnionej jednostki. Nie wnikając w przyczyny tego stanu rzeczy należało by się spodziewać, że klinika zabrzańska powinna być szczególnie hołubiona. Panią Profesor znam od dawna, razem pracowaliśmy w Klinice Alergologii. Błyskotliwa kariera B. Kos-Kudły toczyła się w zawrotnym tempie, „jedynka” i „dwójka” z interny, doktorat, habilitacja w wieku 35 lat! Początki tworzenia kliniki endokrynologii nie były łatwe, w końcu trzeba było komuś „uszczknąć” parę łóżek w SK-1. Chirurdzy (a to właśnie Klinika Torakochirurgii straciła trochę łóżek) nie byli zachwyceni, ale klinika endokrynologii stopniowo krzepła i dziś trudno sobie wyobrazić krajobraz tego szpitala bez tego oddziału i bez zawsze pogodnej i uśmiechniętej Pani Profesor. Równolegle z rozwojem kliniki rozwijały się kariery wielu osób, toczyła się praca naukowa. Klinika stała się jednym z filarów Wydziału, a Pani Profesor znalazła uznanie w polskim środowisku endokrynologicznym czego wyrazem jest powierzenie jej zaszczytnej i odpowiedzialnej funkcji Redaktora Naczelnego Endokrynologii Polskiej.
Dziś efekty wieloletniej pracy, mocą jednego rozporządzenia zostały zagrożone. Wszystko, no, może prawie wszystko trzeba będzie budować od podstaw. A problem to nie tylko budynki i sprzęt, najważniejszy problem to ludzie, którzy zostali potraktowani przedmiotowo. Jak my, pracownicy Wydziału w Zabrzu mamy dalej wyobrażać sobie współpracę z endokrynologami pracującymi w Katowicach? Co z tego, że nominalnie nadal będę oni w ramach tego samego wydziału, w istocie życie napisze swój logiczny scenariusz i ta klinika jest dla naszego wydziału stracona. A czy w ogóle będzie kiedykolwiek mogła wrócić na swój dotychczasowy poziom czas pokaże.
Jeden z członków Rady Wydziału w Zabrzu tak posumował ostatnie wydarzenia związane z przenoszeniem klinik do Katowic „separacja przed rozwodem….”.

sobota, 22 sierpnia 2009

List Czytelników

Sz.P. Profesor Wojciech Pluskiewicz

Dnia 31 lipca przesłaliśmy tekst, który jednak został dołączony do jednego z wątków bloga p. Profesora. W celu możliwości szerszej dyskusji prosimy o opublikowanie ww. jak inne komentarze czytelników, czyli w formie odrębnego, niezależnego wątku. Tekst zostanie przesłany w dwóch częściach. Z góry dziękujemy i pozdrawiamy.


Pracownicy Śląskiego Uniwersytetu Medycznego

Dla wszystkich pracowników, bez względu na profil zawodowy, najważniejsze jest premiowanie ich zaangażowania w pracy poprzez system sprawiedliwej motywacji finansowej.

Według znowelizowanej ustawy o zawodzie lekarza przez pierwsze dwa lata specjalizacji rezydenci mają otrzymywać 3170 zł, natomiast w dziedzinach deficytowych - 3602 zł. Po dwóch latach wynagrodzenie to ma wzrosnąć do 3458 zł, a w dziedzinach priorytetowych do 3890 zł, czyli do wysokości zasadniczego, najniższego wynagrodzenia profesora zwyczajnego w tabeli płac Ministerstwa Nauki. Pan profesor Pluskiewicz kilka miesięcy temu prezentował skan swojego
odcinka wypłaty z kwotą o 100 złotych większą.

Znaczna różnica wynagrodzeń pomiędzy lekarzami, nauczycielami
akademickimi ŚUM, a przyszłymi rezydentami na specjalizacji lekarskiej, na niekorzyść pierwszej grupy, to przykład absurdu sektora budżetowego w Polsce i niezrozumiałych, dyskryminujących decyzji ministerialnych zatwierdzonych ustawowo, które noszą znamiona największego skandalu płacowego sfery budżetowej w IV Rzeczypospolitej.

Prawdopodobnie w żadnym kraju świata lekarz na stażu specjalizacyjnym
pełniący funkcję szkoleniową pod opieką lekarza specjalisty nie dostaje
wyższego wynagrodzenia z sektora publicznego niż pracownik kliniczny
uniwersytetu medycznego ze stopniem naukowym. Decyzja ministerstwa
wyczerpuje znamiona skandalu w sferze płac sektora medycznego Unii
Europejskiej i kwalifikuje się do formalnego rozpatrzenia przez trybunał w
Strasburgu jako naruszanie podstawowej zasady unikania dyskryminacji ze
względu na kwalifikacje, wiek i doświadczenie zawodowe.

1 lipca odbyła się w parlamencie RP debata sejmowa dotycząca podniesienia płacy pracownikom uczelni medycznych, w świetle ostatnich podwyżek dla rezydentów oraz ogólnie tragicznie niskich wynagrodzeń dla lekarzy dydaktyków i naukowców. Posłowie w trakcie interpelacji wyraźnie podkreślali konieczność skierowania dodatkowych środków z Ministerstwa Zdrowia (nie Ministerstwa Nauki) dla uczelni medycznych w celu poprawy sytuacji płacowej pracowników. Zapytania do
przedstawicieli ministerstwa zdrowia skierowała pani poseł Marii Nowak i odpowiadał minister Fronczak, Podsekretarz Stanu w
Ministerstwie Zdrowia. Problem dyskryminacji płacowej wysokokwalifikowanych lekarzy specjalistów w Polsce poruszyła w marcu br. Okręgowa Izba Lekarska w Katowicach poprzez
przesłanie apelu Prezydium ORL do Prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej. Apel dotyczył jednak wyłącznie wynagrodzeń w publicznych zakładach opieki zdrowotnej, pomijając pracowników uczelni. Dzisiaj jesteśmy traktowani mało poważnie przez studentów, lekceważeni przez
absolwentów na stażu podyplomowym i otwarcie wyśmiewani przez lekarzy rezydentów, którzy zgodnie z ustawą MZ z kwietnia br. będą otrzymywać niewiele mniej niż płaca zasadnicza doktora habilitowanego oraz profesora, prawie, znacznie więcej niż przeciętny pracownik ze stopniem doktora nauk medycznych.

Wynagrodzenie lekarza rezydenta wynosi 110 proc. Przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw bez wypłat z zysku za 2007 rok. Natomiast dla lekarza podejmującego specjalizację w dziedzinie uznanej za priorytetową (deficytową) mnożnik wynosi 125 proc. Oznacza to podwyżki w specjalnościach deficytowych w wysokości kilkuset złotych, a nawet wyższe. Gdyby taka sytuacja miała miejsce np. w Niemczech, całe środowisko solidarnie zbojkotowało by cały system
szkoleniowy, który w założeniu ma pokazać propagandowy
obraz, w którym rezydent jest tak samo warty w systemie rynku medycznego jak p. wysokiej klasy specjalista, samodzielny pracownik nauki, posiadający nierzadko kilka specjalizacji i podspecjalizacji.
Podążając torem myślenia Ministerstwa Zdrowia należy więc podnieść 3-krotnie pensje dla nowo zatrudnionego stażysty służby publicznej w ministerstwach rządowych, dla młodego asesora w sądzie i aplikanta w innych korporacjach. Niech zarabiają więcej niż doświadczeni specjaliści z wieloletnim doświadczeniem, więcej niż wiceministrowie, adwokacji, prokuratorzy, sędziowie etc. Przeciwko tak skrajnie niesprawiedliwemu i dyskryminacyjnemu traktowaniu lekarzy specjalistów należy natychmiast podjąć skuteczne działania przy współpracy związków zawodowych lekarzy (OZZL), w postaci:
1.pozwów zbiorowych do okręgowych sądów pracy z podkreśleniem jawnej
dyskryminacji grupy zawodowej specjalistów
2. skargi do Trybunału Konstytucyjnego wniesionej przez OZZL w oparciu o niegodność zapisów nowej ustawy z konstytucja (dyskryminacja płacowa)
2. zbiorowej skargi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu po wyczerpaniu środków odwoławczych w kraju (z wyjątkiem NSA)
3. skarg przesyłanych na ręce marszałków i wicemarszałków województwa
śląskiego, odpowiedzialnych za opiekę zdrowotną
3. bojkot otwieranych miejsc specjalizacyjnych przez konsultantów krajowych i wojewódzkich, a także potencjalnych opiekunów specjalizacji

Lekarze w pozwach powinni domagać się wyrównania płacy i odszkodowania za naruszenie zasady równego traktowania w zatrudnieniu i zakazu dyskryminacji, w myśl których wynagrodzenia lekarzy powinny być uzależnione od hierarchii i zakresu obowiązków pracownika. Lekarze specjaliści, którzy zarabiają na
etacie mniej niż rezydenci powinni rozpocząć dochodzenie swoich praw
wynikających z art. 183c §1 i art. 78 §1 kodeksu pracy. Ze strony
internetowej Śląskiej Izby lekarskiej można pobrać wzór wniosku o
podwyższenie wynagrodzeni, który również mogą wykorzystać nauczyciele
akademiccy Śląskiego Uniwersytetu Medycznego domagający się podwyższenia wynagrodzenia.

W przypadku pracowników naukowych uczelni medycznych, których działalność jest w części finansowana przez Ministerstwo Zdrowia, a w części przez Ministerstwo Nauki, sytuacja dochodzenia roszczeń wygląda najlepiej.
Ministerstwo Zdrowia jest częściowo pracodawcą w tym przypadku, wiec nie może twierdzić, że decyzja o ewentualnej podwyżce należy tylko do dyrektorów szpitali klinicznych i lub spółek.
Zarobki rezydentów, podobnie jak częściowo zarobki nauczycieli akademickich uczelni medycznych opłacane są z budżetu państwa. Pensje lekarzy w na uczelniach medycznych nie leżą wyłącznie w gestii dyrektorów i organów założycielskich - jednostek samorządu terytorialnego, ale również częściowo
w gestii ministerstwa zdrowia.
Pomimo słusznych założeń poprawy dostępu do rynku medycznego, Ministerstwo Zdrowia podjęło działania świadomie dyskryminujące grupę zawodową pracowników akademickich uczelni medycznych. Nie przewidziało skutków takiej decyzji zatwierdzonej ustawowo i
dało przykład krótkowzrocznego myślenia i planowania w sektorze opieki
zdrowotnej i szkolnictwa wyższego. Mimo pierwotnych założeń, głównym motywem nie była chęć poprawy dostępu do lekarzy specjalistów i zachęcenia ich do pozostania w kraju, ale doraźne cele polityczne. Po
ukończeniu szkolenia specjalistycznego za pieniądze podatnika młody, polski specjalista zrezygnuje z pracy na uczelni medycznej, przejdzie do prywatnego szpitala lub wyjedzie za granicę, ponieważ nie będzie pracował za minimalną stawkę w kraju, w którym nawet minister zdrowia nie szanuje grupy zawodowej lekarzy specjalistów.

Główne założenia przedstawione powyżej, przetłumaczone na kilka języków europejskich przesłano do kilkunastu instytucji oraz przedstawicieli środków masowego przekazu w krajach członkowskich Unii Europejskiej. Zainteresowanie ww. może pomóc nagłośnieniu tej sprawy na forum europejskim, szerokiej dyskusji społecznej oraz oczekiwanej zmiany stanowiska Ministerstwa Zdrowia wobec lekarzy, którzy w chwili obecnej są już wysokokwalifikowanymi specjalistami w określonych dziedzinach medycyny.

piątek, 21 sierpnia 2009

Odpowiedź Czytelnika (pacjenta) bloga z Gliwic.

Nie przypuszczałem ,że mój krótki wpis wywoła tyle emocji. Pozwolę sobie korzystając z uprzejmości Pana Profesora odpowiedzieć autorom wpisów i wyjaśnić moje stanowisko. Odnosząc się do wpisów będę podawał datę i godzinę wpisu dla łatwiejszej identyfikacji.

Anonimowy (17 sierpień 2009 08:31) pisze:
„Twoim zdaniem to wina lekarzy....Hm”
„A ty uważasz, że lekarz ma przyjąć Cię w czynie społecznym, najlepiej jeszcze rezygnując z urlopu (bo to przecież środek sezonu).”

Znam taką metodę prowadzenia dyskusji gdy przypisuje się swojemu interlokutorowi wypowiedzi, których on nie popełnił a potem się z nimi polemizuje. Jak sądzę, nie było to u Pana celowe ale właśnie tak wyszło.
Szanowny Panie przecież ja nic takiego co Pan mi wyżej przypisuje nie
napisałem!!! Odpowiadam Panu, że moim zdaniem nie jest to wina lekarzy ani
nie uważam aby lekarz miał mnie przyjmować w czynie społecznym.
Uważam, że za taki stan rzeczy odpowiadają nasi politycy. To oni odpowiadają
za to jak nasza służba zdrowia jest zorganizowana, jakie są nakłady na leczenie
pacjentów. To oni odpowiadają za to, że limity wyczerpane są już w lipcu.

Ktoś napisał, że jest okres urlopowy. W przychodni, o której wspomniałem byłem
tydzień wcześniej i powiedziano abym przyszedł w następnym tygodniu kiedy
będą powroty z urlopów.
Mój wypadek (wywrotka na rowerze, podparcie się dłonią o jezdnię, spuchnięta
dłoń, podejrzenie złamania) miał miejsce na Mazurach. Udałem się Na Izbę Przyjęć
do szpitala w Piszu. Kolejka 5 osób. Jedna pani mówi, że czeka już 4 godziny.
Przyjętym jest się wtedy gdy się zostanie wywołanym i przekroczy próg szklanych rozsuwanych elektrycznie mlecznych drzwi. Nikt nie rejestruje, nikt nie wie, że w ogóle się tam pojawiłem. Czekam dwie godziny. Kolejka się nie posuwa. Nie wiem kiedy będę przyjęty.
Na drugi dzień: Izba Przyjęć szpitala miejskiego w Gliwicach. Pani z rejestracji bierze moją kartę chipową i mnie rejestruje. Pyta się co mi dolega.
Prosi abym udał się pod pokój zabiegowy. Po chwili przychodzi i mówi, że lekarz jest zajęty na oddziale, będzie za 40 minut i abym w międzyczasie poszedł zrobić zdjęcie RTG, którego wykonanie zostało z nim uzgodnione. Wracam z RTG, po kilkunastu minutach zostaję przyjęty. Lekarz ma moje zdjęcie na ekranie komputera. Diagnoza: podejrzenie złamania kości łódeczkowatej (chociaż zdjęcie tego nie pokazuje), ręka do gipsu po 10-12 dniach konieczność wizyty w przychodni ortopedycznej i zrobienia kontrolnego zdjęcia dla potwierdzenia albo odrzucenia diagnozy. Byłem mile zaskoczony całą procedurą obsługi.
Może tylko lekarz mógł mi powiedzieć: ”panie organizuj Pan sobie od jutra wizytę
w tej przychodni”. Ale z drugiej wcale nie musiał wiedzieć, że ja nie wiem, jak wyglądają realia służby zdrowia (do lekarza chodzę raz na kilka lat).
Proszę mi odpowiedzieć czy organizacja pracy na Izbie Przyjęć w Piszu i w Gliwicach zależy również od urzędników z NFZ? Czy to, że w jednych przychodniach
praca jest lepiej zorganizowana a w drugich gorzej też zależy tylko i wyłącznie od NFZ? Czy wszystkie Kasy Chorych są tak samo skomputeryzowane ja Śląska Kasa?



Zgadzam się z jednym z wpisów (Anonimowy 17 sierpień 2009 18:01)
„Biedny Pacjencie, to właśnie urzędnicy tak ustawili ten system, abyście Ty i Tobie
podobni, nie uzyskawszy pomocy w publicznej służbie zdrowia, biegli do gabinetów
prywatnych. To znacząco odciąża system publicznego finansowania. „
Za urzędnikami z NFZ stoją politycy a kto stoi za politykami. Może ktoś z Państwa
pamięta jeszcze Panią Sawicką i jej wypowiedź jakie to lody będziemy kręcić w
służbie zdrowia.

Anonimowy (18 sierpień 2009 17:53) pisze:
„Moi pacjenci czekają na leczenie w długich kolejkach i rozumieją, że tak musi być i że nie ode mnie to zależy. Ty nie chcesz tego zrozumieć i z rozrzewnieniem wspominasz komunę. Poczekaj i Ty, bo Ty i Twoje pokolenie zapracowało na obecna sytuację i wszyscy, włącznie z Tobą musimy obecnie konsumować te żabę”

Czyli musimy akceptować cały czas i do końca świata, że czekamy tyle w kolejkach czy też na konkretne zabiegi? Szanowny Panie Doktorze na jakiej postawie twierdzi Pan, że z rozrzewnieniem wspominam komunę. Stwierdzenie, że za komuny były mniejsze kolejki w przychodniach jest wyrazem mojego doświadczenia i bynajmniej nie oznacza mojej nostalgii za komuną.
W moim pokoleniu byli ludzie, którzy wspierali komunę, byli ludzie obojętni, byli
też ludzie przeciwni komunie i okazywali to mniej lub bardziej czynnie.
Zaliczam siebie do tej ostatniej grupy. Obwinia Pan całe pokolenie. Może powie
Pan tak konkretnie kogo i za co? Moim zdaniem Pańska diagnoza to pójście na
skróty. Znalazł Pan winnego: moje pokolenie, sytuacja jest jasna i klarowna.
Pragnę zauważyć, że w tym roku mija 20 lat od oficjalnej daty obalenia komuny.
To prawie jedno pokolenie i wystarczająco dużo czasu aby zorganizować system
służby zdrowia na poziomie akceptowalnym. Zapewne nigdy nie zostanie osiągnięty
stan idealny.
Moim zdaniem w poczynaniach polityków stosowana jest zasada
„tego nie wymyślono u nas”. Każda nowa ekipa polityczna, która przychodzi mówi:
nasi poprzednicy robili to źle, my to zrobimy lepiej. Nie ma żadnej ciągłości pracy
nad organizowaniem służby zdrowia. Pisząc w poprzednio, że nikt za to nie beknie
miałem na myśli właśnie polską klasę polityczną. Nikt z jej członków nie poczuwa
się do odpowiedzialności za istniejący stan rzeczy.
Nawiasem mówiąc czytając wpisy na blogu profesora Pluskiewicza można by
odnieść nieodparte wrażenie, że podobnie myślą obecne władze Śląskiego
Uniwersytetu Medycznego cierpiąc przy tym również na syndrom oblężonej twierdzy. Tylko nasze pomysły są dobre, wszyscy inni nie mają racji i tylko nas atakują.

środa, 19 sierpnia 2009

Ważny głos Czytelnika

Szanowny Panie Profesorze
Sądzę, że przedstawiona poniżej informacja jest niezmiernie istotna z punktu widzenia prawidłowego funkcjonowania uczelni, w której pracujemy.
Dlatego bardzo proszę o jej opublikowanie jako całkowicie osobny temat (nie jako komentarz) na internetowym blogu Pana Profesora.

Czy koleżanki i koledzy zwrócili uwagę co się obecnie dzieje z konkursami na stanowiska wykładowców i asystentów w tym roku akademickim 2009/2010?
Przynoszenie kandydatów dosłownie w teczkach jak za czasów głębokiego PRL-u, bez wiedzy i opinii kogokolwiek,naciski, zastraszanie i wymuszenia, poza jakąkolwie oficjalną procedurą konkursową. Techniki rodem z komunizmu i systemu totalitatnego. Prawie jak nominacje partyjne lub rządowe, z zaskoczenia dla wszystkich, żeby tylko wepchnąć znajomego z rodziny lub innego protegowanego. Gorzej jak w latach 80-tych. Nic się nie zmieniło, te same metody i środki nacisku, brak przejrzystości, działanie poza kontrolą po to, aby dać komuś, kto był słabym studentem jakieś miejsce pracy. Bez kwalifikacji, bez doświadczenia, bez zacięcia naukowego, bez zasad etyki akademickiej. Tacy ludzie będą uczyć w przyszłości medycyny nasze dzieci. Pokrzywdzony może tylko się przyglądać lub...napisać do Gazety Wyborczej, która poprzez nagłaśnianie niektórych spraw zrobiła więcej dobrego dla uczelni niż sama uczelnia dla siebie. Młode pokolenie od początku powiela nieprawidłowe, sprzeczne z zasadami uniwersyteckimi metody działania i akceptuje nieuczciwość.

Szkoda tylko, że zdolni i utalentowani medycznie absolwenci, pasjonaci zawodu lekarskiego i badań naukowych w medycynie z odpowiednią postawą etyczną mają blokowane możliwości zatrudnienia na uczelni oraz są spychani na drugi plan przez osoby, które dzięki pracy na uczelni chcą się po prostu wzbogacić. Jak za dawnych czasów systemu komunistycznego. Młody, zdolny człowiek z bardzo dobrymi wynikami w nauce, ale bez tzw. "pleców" i znajomości nie ma szans, a przecież takich właśnie pracowników nam na uczelni potrzeba. Nieskażonych, uczciwych i prawych młodych ludzi, którzy szanują zasady akademickie.
Apel do młodych i prawych - nie dajcie się ! piszcie odwołania gdziekolwiek się da, z prośbą o oficjalne ujawnienie wyników konkursów z podaniem kryteriów oceny kandydatów - odwołania do dziekanów poszczególnych wydziałów, rektora, kierowników jednostek, a nawet ministerstwa nauki, również do lokalnej prasy i izby lekarskiej. Niech ktoś wreszcie się odważy i tym samym da szansę na rozwój naukowy dziesiątki zdolnych absolwentów Śląskiego Uniwersytetu Medycznego.
Obecnie obowiązuje jasny system konkursowy na stanowiska akademickie, według którego ocenia się poszczególne osiągnięcia naukowe i zawodowe. Nie dajcie się zniszczyć, nie dajcie sobie wmówić, że nie macie szans z systemem i te odwołania nic nie dadzą. Przeciwnie, macie pełne prawo do walki o swoją przyszłość i uczciwe rozstrzygnięcie konkursu. Znacie swoich kolegów i koleżanki, wiecie kto co sobą reprezentuje i jakie miał wyniki podczas studiów. Dlaczego ktoś, kto przez 6 lat studiów nic nie robił ma teraz dzięki układom zająć wasze miejsce i być za kilka lat pseudo-naukowcem, którego jedynym celem jest wyłącznie kariera? Przyszłość medycyny akademickiej należy właśnie do zdolnych i uczciwych młodych ludzi z powołaniem, nieskażonych jeszcze egoizmem i zachłannością. Zbliża się wrzesień, okres rozstrzygnięć wyników konkursów na poszczególne stanowiska wykładowców i asystentów. Należy po prosu uważnie przyglądać się wynikom konkursowym i monitorować wszelkie przejawy niesprawiedliwego traktowania dobrych kandydatów z wysokimi kwalifikacjami. Jeżeli osoby odpowiedzialne za decyzję będą praworządne, a środowisko młodych będzie solidarne, tegoroczne decyzje o zatrudnieniu nowych pracowników, naszych przyszłych koleżanek i kolegów powinny być podejmowane rozsądnie i zgodnie z wszelkimi zasadami.
Jak powiedział Jan Zamoyski ponad sto lat temu: Taka będzie Rzeczpospolita, jakie jej młodzieży chowanie.

O Śląskim Uniwersytecie Medycznym przeczytane w lokalnej prasie

Szczękówka pod lupą prokuratory

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Czytelnik (pacjent) bloga z Gliwic pisze

Muszę znaleźć jakiegoś ortopedę, chyba prywatnie. Byłem w przychodni ortopedycznej na Kozielskiej, o 10.00 wisiała kartka, że na dzisiaj przyjęcia zakończone. Potem byłem jeszcze raz wcześniej zaraz po 8.00 20 osób już siedzi, a 10 osób jeszcze przed okienkiem. To nie na moje nerwy. Małgosia śmieje się ze mnie, że ja nie stąpam po ziemi. Chyba ma rację.Tak sobie pomyślałem, że za komuny nie było tyle kolejek w przychodniach. A druga myśl, że nikt za to nie beknie. Chwilę temu oglądałem skecz Laskowika: "Trzeba tak chorować aby lekarz się nie dowiedział".

czwartek, 13 sierpnia 2009

Konflikt na Ceglanej - neverending story...

Konflikt w Klinice Okulistyki pokazał nam oblicze wielu ludzi, ujawnił ich prawdziwe postawy, był sprawdzianem uczciwości i charakteru. I mimo iż Pani Rektor realizuje swe plany mimo szkód czynionych wielu osobom i instytucjom, co można postrzegać, jako porażkę, to warto popatrzeć na sprawy z nieco dalszej perspektywy.

Po pierwsze: konflikt przebiegał przy otwartej kurtynie; zainteresowanie mediów, a zaangażowanie władz wojewódzkich i doprowadzenie do negocjacji z udziałem mediatora ministerialnego spowodowało, że ruchy obu stron konfliktu były bardzo uważnie obserwowane. Pamiętamy, jak zachowywała się strona pracownicza: spokojnie, logicznie, rzeczowo. A jak działała Pani Rektor? Raczej udawała zatroskanego gospodarza, czyniła uniki, w końcu pokazała Wojewodzie i innym, kto rządzi w tej uczelni. Siła zwyciężyła, ale za taki „sukces” zawsze płaci się wysoką cenę - dziś, jutro, a może nawet nieco później, ale pewnych rzeczy się nigdy nie zapomina. A sprawa na wymiar ogólnopolski.

Druga kwestia: postawa pracowników okulistyki wobec klinik mających być ulokowanymi w Katowicach. Początkowo postrzegano w nich wroga, w końcu to nowi ludzie mieli uszczuplić zakres działań okulistyki. Usiłowano stosować starą maksymę „dziel i rządź”. Ale to się nie udało, dziś pracownicy okulistyki świetnie rozumieją, że pracownicy Alergologii i Endokrynologii są takimi samymi ofiarami, jak oni. Gdyby nie cała wielotygodniowa akcja protestacyjna, gdyby nie wolna prasa, inne media, w tym także Internet, władza mogłaby czuć się pewna swego absolutnego panowania nad sytuacją. Ale tak nie jest, każdy ruch jest bacznie obserwowany. Nie udało się dokonać takiej dezintegracji, jaką planowano.

I trzecia kwestia - personalna. Myślę o dr Marku Czekaju. Był on liderem strony pracowniczej i Jego spotkała ze strony władz najsurowsza kara - zwolnienie dyscyplinarne. Co to oznacza, jakie będzie miało konsekwencje w przyszłości? W wyniku toczących się rozmów zawarto porozumienie i można było bez uszczerbku na honorze wycofać zwolnienie dr Czekaja. Byłby to gest w kierunku porozumienia, szansa na lepszą koegzystencję w przyszłości. Dlaczego nie skorzystano z tej szansy na poprawę atmosfery?

Zwolnienie dyscyplinarne podpisał Dyrektor Drybański, który jest mianowany na swe stanowisko przez Rektora uczelni, zatem za sprowadzenie konfliktu do personalnej zemsty w istocie odpowiada Pani Rektor.

Warto wspomnieć o najświeższych wydarzeniach z Korei Północnej; na odsiecz dwóm amerykańskim dziennikarkom skazanym na 12 lat obozu pracy w Korei ruszył były Prezydent USA - Bill Clinton. Czy ktoś o zdrowych zmysłach mógł uwierzyć, że władca koreański Kim Ir Sen ustąpi i uwolni dziennikarki? Ale stało się inaczej, bezwzględny tyran okazuje łaskę. Były amerykański Prezydent prosi go o pomoc i on okazuje się być wspaniałomyślnym człowiekiem.

Zestawmy te dwie postawy przedstawicieli władzy w obliczu losów pojedynczego człowieka (pamiętając o zasadniczych różnicach obozu pracy i zwolnienia dyscyplinarnego) i zastanówmy się chwilę, gdzie się znajdujemy...