Apel o pomoc dla naszego Kolegi Doktora Romana Kuźniewicza

https://www.siepomaga.pl/roman-kuzniewicz

środa, 15 lipca 2020

Apel o udział w manifestacji


Manifestacja zawodów medycznych
Koledzy i Koleżanki,

Pogłębia się kryzys w ochronie zdrowia, którego skutki wyraźnie były widoczne w trakcie epidemii, a brak współpracy z rządem oraz chaos tym spowodowany czynił naszą pracę jeszcze trudniejszą.

Maleje dostępność do ochrony zdrowia, rosną kolejki, będzie brakować medyków. Zewsząd płyną informacje o niejasnych wydatkach ministerstwa zdrowia. Za naszymi plecami i mimochodem pod pozorem tarczy 4.0 wprowadza się paragrafy, które w konsekwencji mogą wiązać nam ręce i odbierać szanse pacjentom.

Brak jest reakcji polityków na wszelkie apele i pisma środowisk medycznych zgłaszające coraz liczniejsze problemy. Wszystkie te działania prowadzą do zagrożenia życia i zdrowia pacjentów oraz nam medykom w sposób krytycznie niebezpieczny utrudniają leczenie. Nadszedł czas, żeby pokazać nasz sprzeciw wyraźnie i zmusić polityków do poważnych i realnych działań w celu naprawy systemu ochrony zdrowia.

Walczymy o:

minimum 6,8% przeznaczone na leczenie pacjentów a nie błędy i marnotrawstwo ministerstwa.
rozwiązania problemu kolejek i niedostępności świadczeń medycznych, które upokarzają pacjenta
poważne zajęcie się przez polityków kryzysem w ochronie zdrowia – epidemia pokazała jak jest tragicznie
jesteśmy oburzeni zmianą art. 37a KK, który zrównuje medyków do przestępców i zabiera pacjentom szansę na życie – chcemy powrotu do stanu sprzed tarczy 4.0
Manifestacja 8 sierpnia, w sobotę w Warszawie o godzinie 12:00 ruszająca spod Ministerstwa Zdrowia ma pokazać wyraźne veto i sprzeciw całego środowiska medycznego. Jest to wspólna inicjatywa lekarzy, pielęgniarek oraz ratowników i całej grupy medyków, bo problem dotyczy w równym stopniu nas wszystkich i tak jak na co dzień pracujemy razem, a tak i razem wyjdziemy na ulicę.

Prosimy o rozesłanie informacji do jak najszerszego grona i przyjazd na manifestację i marsz!

Inicjatorzy oraz osoby do kontaktu:

Stowarzyszenie Porozumienie Chirurgów SKALPEL – Katarzyna Pikulska 608-538-658, Krzysztof Hałabus 794-135-650

Porozumienie Rezydentów Piotr Pisula 727-915-300, Filip Płużański

Stowarzyszenie Pielęgniarki cyfrowe Katarzyna Kowalska 530209535, Ewelina Tymoszuk 605293022

Ogólnopolski Związek Zawodowy Ratowników Medycznych – Piotr Dymon 502483523

Do zobaczenia w Warszawie pod MZ!

Koordynator Katarzyna Pikulska

.

środa, 8 lipca 2020

Skuteczność działania

Widzimy pewne ruchy dotyczące ostatnich wydarzeń w naszej Uczelni, niemniej daleko jest do wyprowadzenia jej na szerokie wody.
Dobre chęci to za mało, świat nauki wymaga fundamentalnych zmian, nie tylko gaszenia pożarów...
A by móc działać adekwatnie do potrzeb należy spełnić parę warunków jakże trafnie opisanych przez pewien hinduski aforyzm:

Od nieuków lepszy ten co księgi czyta
Od czytających kto pamięcią chwyta
Od czytających kto treść ich rozumie
Od rozumiejących kto działać umie

wtorek, 7 lipca 2020

Dziś na stronie SUM

Warto zajrzeć na stronę internetową Uczelni; zamieszczono tam ważne komunikaty władz. Oby to był prognostyk prawdziwych zmian na lepsze. Lepiej późno niż wcale...

środa, 1 lipca 2020

Uwagi bieżące

Jestem przekonany, że bardzo wielu pracowników naszej Uczelni, ale także osoby spoza niej z uwagą śledzi bieg ostatnich wydarzeń. Sprawy zaszły bardzo daleko i wkroczyły wręcz w globalny obieg informacyjny. Nie ma powodu do dumy, że się o nas mówi i pisze, nie tak powinno się rozsławiać dobre imię ŚUM. Ale „mleko się rozlało” i trzeba szukać dróg rozwiązań.
Sądzę, że obserwatorzy z zadowoleniem przyjęli fakt zdecydowanych działań władz ŚUM. To dobrze, należy zacząć sprzątanie własnego domu. Oczywiście spektrum problemów jest ogromne, to dopiero początek.

Mam pewne uwagi.
Jak to jest możliwe, że trzeba było tak zmasowanej akcji studentów by obecne w Uczelni patologie zostały dostrzeżone? Przecież w Uczelni istnieje szereg możliwości działań kontrolujących jej funkcjonowanie. Pójdę dalej, nadzór nad prawidłowością funkcjonowania szkoły wyższej, w tym także nadzór dotyczący procesu dydaktycznego to jest obowiązek władz uczelni. Już z pobieżnej lektury wpisów internetowych widać, że zgłaszane uwagi dotyczą wydarzeń nieraz z dość odległej przeszłości. To jedna z najważniejszych cech dobrego uniwersytetu; umiejętność prowadzenia skutecznego, permanentnego programu kontroli jakości. Tu kłania się brak prawdziwego modelu gromadzenia opinii studentów, a istniejący wyrywkowy system nic nie wnosi. Osobiście wielokrotnie w czasach pełnienia funkcji senatora zgłaszałem konieczność zmian w tym zakresie, ale zawsze z ust Pani Rektor E. Małeckiej-Tendery słyszałem odpowiedzi, że moje uwagi są bezzasadne i system się stopniowo będzie się doskonalił.

Druga kwestia dotyczy zarzutów stawianych konkretnym osobom. Sam taki fakt nie przesądza o winie, od tego są odpowiednie organy uczelni i państwa. Niemniej widzimy artykuły prasowe, śledzimy internet a i samej uczelni krążą różne informacje. Wiadomo, że należy dbać o dobre imię każdego człowieka, ale jeśli odwołuje się ze stanowiska kierowniczego osoby z tytułem profesorskim to chyba nie dzieje się to bezpodstawnie. Plotka to nie jest dobre źródło informacji, stąd postuluję by podać do wiadomości informacje personalne. Podkreślam, taka informacja nie przesądza o winie, ale w tej sytuacji w mojej opinii jest potrzebna, nawet konieczna.
Pozwolę sobie także przypomnieć wydarzenia w 2008 roku. To był roku wyborów rektora. W lutym Pani Rektor E. Małecka-Tendera skierowała wobec mnie zarzuty dyscyplinarne. Zaczęła się odpowiednia procedura, przesłuchał mnie Rzecznik Dyscyplinarny Prof. E. Kucharz. Sprawa była znana społeczności Uczelni bo w celu postawienia mi zarzutów zwołano posiedzenie trzech komisji senackich i ponad 20 osób było bezpośrednio zaangażowanych. Oczywiście, nikt się nie przejmował szanowaniem mojego dobrego imienia, chodziło tylko i wyłącznie o efekt wyborczy. Skoro postawiono mi zarzuty to „coś musi być na rzeczy”.
Skuteczność tych działań była duża, wynik kwietniowych wyborów na stanowisko rektora był 171 do 141 na korzyść Pani Rektor.
A Komisja Dyscyplinarna zebrała się w lipcu i oddaliła zarzuty bo nie miała po prostu podstaw prawnych do podjęcia działań. Nigdy nie usłyszałem słowa „przepraszam” czego się zresztą nie należało spodziewać.
A jednym z efektów takich niedopuszczalnych działań wobec mnie było powstanie bloga. Wówczas to była forma obrony mego dobrego imienia a także prowadzenia kampanii rektorskiej. I od tego czasu blog pozostał forum informacyjno-dyskusyjnym dla środowiska uniwersyteckiego.

Liczę na działania władz Uczelni "przy otwartej kurtynie".

czwartek, 25 czerwca 2020

W odpowiedzi Czytelnikowi

Anonimowy Anonimowy pisze...
Panie Profesorze,
jak się Pan ustosunkuje do informacji jaką właśnie otrzymaliśmy, że mamy przeprowadzić na wydziałach naszej uczelni kolejne 4 i 5 dodatkowe terminy zaliczenia czy egzaminu. Czy tak bardzo boimy się studentów, że godzimy się na obniżenie wymagań, ba na fikcję, bo przecież te terminy są po to by przepchać tych, którzy się nie nadają, a nie wyegzekwować wiedzę?
Czyżby ideał sięgnął bruku.
Idziemy na dno jako uczelnia, niczym przysłowiowy Titanic.
Strach tylko pomyśleć, że dziesiątki słabych i nie przygotowanych mentalnie studentów wypłynie na rynek pracy i przyjdzie nam - o zgrozo! - kiedyś się z nimi spotkać jako pacjenci, w aptece czy u fizjoterapeuty.
Mamy taką odwagę, by dziś ich przepuścić i dać im zaliczenie i odważnie potem skorzystać z ich usług?

25 czerwca 2020 13:04

W odpowiedzi na powyższy komentarz pozwolę sobie przytoczyć uwagę mojego dawnego przełożonego, Profesora Edmunda Rogali. Po Jego uważnym okiem zdobywałem szlify lekarskie po zakończeniu studiów na wydziale lekarskim w Zabrzu w 1982 roku. Profesor mawiał do swych asystentów: "jak będziecie pobłażliwie traktować niedouczonych studentów sami kiedyś do nich traficie jako pacjenci". To święte słowa, powinniśmy dbać o interes uczelni i utrzymanie dobrego poziomu nauczania, ale w tle jest także nasze własne zdrowie!
Niech to zdanie absolwenta pierwszego rocznika naszej Uczelni, zasłużonego Profesora będzie odpowiedzią na pytanie Czytelnika.

Trudno mi wprost odnieść się do informacji o kolejnych zaliczeniach, może taka decyzja wynika z sytuacji epidemicznej? Niemniej musi budzić niepokój.

Chciałbym także opisać sytuację jaka zdarzyła się przed paru laty. Otóż na ostatnim bloku ćwiczeniowym z interny tuż przed sesją egzaminacyjną w mojej grupie ćwiczeniowej jeden student był nieobecny przez dwa dni zajęć. Nie przedstawił żadnego usprawiedliwienia, po prostu zjawił się na zajęciach jakby wszystko było w porządku. Na końcu zajęć oznajmiłem, że wszystkie osoby zaliczyły ten blok poza tym studentem z dwoma dniami nieobecności, który musi je odrobić. Nie było z jego strony żadnej reakcji, nie próbował umówić się na jakieś dodatkowe dni. Nie zgłosił się ani do mnie ani do kierownika ćwiczeń. I dopiero w drugiej połowie września przypomniał sobie o zaległościach. Wszystkie terminy dawno minęły i skończyło się na powtarzaniu roku.
Czy taka powinna być postawa przyszłego lekarza? Czy takie zachowanie można zaakceptować?
My, pracownicy uczelni mamy nauczać, ale czasem przypada nam także niewdzięczna rola cenzorów zachowania i kultury osobistej...

środa, 24 czerwca 2020

Dwa przypadki z polskiego życia akademickiego

Toczy się burzliwa historia spowodowana wpisami na stronie studenckiej. To dopiero początek tej sprawy i dopiero po jakimś czasie zobaczymy czy uda się dokonać wyjaśnień, ustalić prawdziwy obraz opisywanych zdarzeń a niektórych - po udowodnieniu winy ukarać.
To ważny test dla całej uczelni, a w pierwszej mierze dla nowych władz, szczególnie Rektora-Elekta, Prof. T. Szczepańskiego, którego kadencja niebawem się rozpocznie.

Ale dziś chciałbym zwrócić uwagę, że uczelnia to nie jest przysłowiowa "bezludna" wyspa a sprawy studentów wplecione w proces dydaktyczny wiążą się z innymi obszarami działania uczelni. Drugim, podstawowym obszarem działania każdej szkoły wyższej jest nauka (dla uczelni medycznych pamiętajmy jeszcze o działalności lekarskiej). Dydaktyka i nauka są ze sobą związane, a każdy pracownik naukowo-dydaktyczny (a takich jest znakomita większość) ma w swym zakresie obowiązków prowadzenie zajęć dydaktycznych i badań naukowych. Wspominałem nieraz, także w kontekście bieżących wydarzeń o szkodliwej roli czynnika biurokratycznego. Pomysły z tej sfery są coraz "ciekawsze", dosłownie zabijają idee uniwersyteckie. Nim opiszę dwa autentyczne przypadki zwrócę uwagę na Ustawę 2.0. Czegoś w niej ostatnio szukałem i dostrzegłem, że ten dokument liczy 237 stron! To przejaw próby uregulowania wszystkich możliwych aspektów życia, nieuprawnionych w mojej ocenie dążeń do ingerencji w każdy nasz ruch. Każdy z nas ma być dokładnie śledzonym, bezwolnym trybikiem w maszynerii biurokratycznej.

Przypadek nr 1.
Pewien profesor przygotowywał projekt grantu. Prace były mocno zaawansowane i przeprowadzono także analizę przyszłych wynagrodzeń dla osób realizujących grant. Aplikowano o kwotę 1 mln złotych. Pani z działu nauki wyliczyła wysokość wynagrodzeń i kierownikowi, inicjatorowi projektu wyliczyła kwotę około 1500 zł miesięcznie. Wówczas ten profesor zadzwonił do działu nauki dlaczego ta kwota jest tak niska i usłyszał, że, cytuję: "granty nie są stworzone do dorabiania do pensji". To nie żart, pracownik administracyjny w ten sposób skarcił profesora o znaczącym, wręcz wybitnym dorobku naukowym. Pokazał jego miejsce w szeregu. Pomijając niestosowność samego komentarza warto wspomnieć, że wyliczenie wysokości wynagrodzenia zostały oparte o mnożnik liczby godzin mających być poświęcanych na prowadzenie badań razy stawka godzinowa. Pani z administracji wykonała swoje zadanie zgodnie z zaleceniami. Tylko czy grant to tylko te godziny? Nie, to pochodna lat pracy naukowej, naukowiec nie "sprzedaje" godzin, on wykorzystuje swą wiedzę zdobytą przez całe życie. To się określa mianem "know-how"; przelicznik godzinowy nadaje się raczej do wyceny pracy robotnika przy taśmie produkcyjnej...

Przypadek nr 2.
Profesor, wybitny naukowiec w swej dziedzinie uzyskał grant na kilka milionów złotych. Gdy przystąpił do jego realizacji ze zdumieniem przyjął wiadomość przekazaną mu z administracji uczelni, że 30% wysokości grantu zabierze mu uczelnia. Oczywiście takie zwyczaje to nic nowego i profesor powinien mieć tego świadomość już na etapie przygotowania projektu. Ale w tym momencie był już za późno i okazało się, że po prostu badań się nie da przeprowadzić bo jest za mało pieniędzy. Profesor usiłował bezskutecznie zmniejszyć wysokość kontrybucji, ale uczelnia była nieugięta. I wtedy profesor podjął jedyną rozsądną decyzję, grant zwrócił!
Szybko uzyskał środki zagraniczne i prowadzi badanie bez udziału macierzystej uczelni.


Jak widać, do normalności w polskim życiu uniwersyteckim droga jest daleka, bardzo daleka...
Ryba psuje się od głowy...

czwartek, 18 czerwca 2020

O polskim życiu akademickim

Dotarły do nas informacje, że Rektor uczelni zwrócił się do prokuratury celem podjęcia odpowiednich działań związanych z informacjami ze strony ŚUMemenes. To dobrze, czyny mające znamiona przestępstwa muszą być poddane wnikliwej ocenie odpowiednich organów państwa. Ale przecież nie czyny tego rodzaju stanowią o tak negatywnej ocenie naszej uczelni. Istotą rzeczy jest brak przestrzegania elementarnych zasad życia akademickiego oraz powszechnie akceptowanych zasad życia społecznego. Nie będę powtarzał znanych wielu z nas opisów z codziennego dnia w naszej uczelni zamieszczonych na wspomnianej stronie, to przykra lektura.
Nie wiem czy to jest typowy obraz dla innych polskich uczelni, ale skala problemu przytłacza. I to nie jest w rzeczy samej problem natury karnej (oczywiście opisane czyny należy tępić i karać!), to ogromny kryzys pojęcia "akademickość". To totalny krach, to katastrofa, której nie uzdrowi prokuratura. Długie lata degradacji obyczajów akademickich dziś odsłaniają swe "zdobycze".

My wszyscy, pracownicy polskich uczelni mamy w tym procesie swój udział; przez brak aktywności, odwagi cywilnej, przez milczenie i cichą akceptację upadku, za zgodę na prymat biurokracji nad wartościami uniwersyteckimi.
Gdy kanclerz jest ważniejszy niż rektor to widać koniec tradycyjnej hierarchii akademickiej, to czytelny znak czasu, że biurokracja zdobywa nienależną jej władzę.
Doprawdy nie wiem co będzie dalej, jak długo mamy się zgadzać na taki zjazd i upadek obyczaju akademickiego?
Jak widać, dla władzy nauka i uczelnie to nic nie znaczące słowa, może my sami wreszcie się upomnimy o swe prawa?!

wtorek, 16 czerwca 2020

Kilka pytań pracownika naszej Uczelni - tekst przesłany do autora bloga

Co prawda, w komunikacje z dnia 15.06.2020 Władze SUM ustosunkowały się do  nieetycznego zachowania niektórych członków Wspólnoty Akademickiej w stosunku do Studentów, jednak nieznane jest stanowisko Władz SUM w sprawie zachowań noszących znamiona mobbingu, których dopuszczają się niektórzy przełożeni wobec podwładnych pracowników na tej Uczelni. Pracowników, którzy są również w sposób nieetyczny wykorzystywani, zastraszani, poniżani, szykanowani, którzy boją się mówić prawdę i latami znoszą patologię mobbingu, tylko dlatego, aby nie stracić pracy. Oczywiście nie można uogólniać, gdyż są również na tej Uczelni wspaniali przełożeni, prawdziwi mistrzowie, którzy dzielą się wiedzą, pomagają w dynamicznym i prężnym rozwoju, ale trzeba mieć wielkie szczęście, aby trafić na takiego Kierownika.
Podobnie jak Studenci latami bali się mówić o swojej krzywdzie wielu asystentów, też woli w milczeniu znosić zachowania daleko wykraczające poza normy etyczne, niż się temu przeciwstawić. Czy za zjawisko moralnie akceptowalne i zgodne z prawem można uznać dopisywanie przełożonej, do każdej publikacji wychodzącej z zakładu, pomimo tego, że nie wniosła żadnego wkładu naukowego, a nawet nie sprawdziła pracy? Nazywając rzeczy po imieniu, to jest zwykła kradzież własności intelektualnej. Jeżeli ktoś został kiedykolwiek okradziony to łatwo wyobrazi sobie, jak czuje się człowiek okradany ze swojej pracy naukowej, której poświecił wiele czasu i wyrzeczeń, jak czuje się wtedy, gdy słyszy od swojej przełożonej, że musi dopisać do swojej publikacji jeszcze kolejną osobę/osoby, bo inaczej nie uzyska zgody na opublikowanie manuskryptu.

Czy wymuszanie na podwładnych udziału w „towarzyskich spotkaniach” przez kierownika jednostki, nie jest niedopuszczalną formą wykorzystywania swojej pozycji zawodowej?
Czy publiczne uwłaczanie godności podwładnej, która zaszła w ciążę może być akceptowalne na tej Uczelni?
Czy dopuszczalne jest nieprzestrzeganie przez przełożoną zapisów Statutu SUM, mówiących o obowiązku „dbania o stały rozwój naukowy pracowników” w sytuacji, w której przełożony blokuje podwładnemu pracownikowi naukowo-dydaktycznemu rozwój naukowy na kilka znaczących lat?
Dlaczego dopuszcza się sytuacje, w której pracownik z prawie 20-letnim, nienagannym stażem pracy jest zwalniany z SUM tylko dlatego, że stał się już bezużyteczny z punktu widzenia potrzeb przełożonego?
Dlaczego wystarczy napisanie na wniosku o zwolnienie z pracy asystenta, a jednocześnie matki samotnie wychowującej dziecko, jednego zdania „nie widzę możliwości dalszej współpracy”, aby taki pracownik został pozbawiony zatrudnienia na SUM?
Dlaczego kolejni przełożeni – Kierownik Katedry i Dziekan - piszą na tym wniosku „prośbę popieram” nie przeprowadzając jakiejkolwiek rozmowy wyjaśniającej z pracownikiem?
Dlaczego żadnych konsekwencji nie ponoszą osoby, które dopuszczają się wezwania pod fałszywym pretekstem, tego samego pracownika do Dziekanatu, przetrzymywania go tam przez godzinę, mimo jego woli tylko po to, aby wręczyć mu - w warunkach uwłaczających ludzkiej godności – wypowiedzenie z pracy?
Dlaczego pokrzywdzony pracownik musi szukać pomocy w Instytucjach zewnętrznych w Sądzie, w Prokuraturze, w kilku Ministerstwach, w Instytucjach Pozarządowych, a nie znajduje pomocy na Uczelni, mimo tego, że zgłasza na piśmie Władzom Uczelni czyny wyraźnie noszące znamiona mobbingu?
Dlaczego nie znajduje pomocy w Związkach Zawodowych, które odmawiają dalszej współpracy w momencie, gdy pracownik prosi o zgłoszenie sprawy do Prokuratury?
I wreszcie zapytam, dlaczego na tej Uczelni są pracownicy, którym „rozdzielano” ciągłość umów o pracę miesięcznymi „przerwami”?
Rekordziści przepracowywali nawet kilkanaście lat na czas określony. Czy nie jest to swego rodzaju polityka zastraszenia pokazująca pracownikowi, że w każdym momencie może zostać zwolniony z pracy na SUM, bez podania przyczyny, pozostawiony bez środków do życia i możliwości utrzymania rodziny. Już sam lęk przed utratą pracy powoduje, że pracownik SUM podobnie, jak Student tej Uczelni jest w stanie znieść wszystko.

Czy naprawdę istnieje na to wszystko przyzwolenie członków Wspólnoty Akademickiej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach?

niedziela, 14 czerwca 2020

O bieżącej sytuacji

Ponownie zabieram głos w sprawie fali komentarzy jakie nadeszły w ostatnim czasie. To już prawdziwe ‘tsunami”. W krótkim czasie problem naszej uczelni znalazł się w centrum uwagi w skali kraju. To bardzo niedobra i trudna sytuacja. Sądzę, że konieczne są szybkie decyzje i działania. Stanowisko uczelni zaprezentowane na stronie internetowej i szeroko cytowane przez krajowe media nie zmienia sytuacji i nie zmierza do jej rozwiązania. Sądzę, że aktualna sytuacja jest jednym z największych kryzysów naszej uczelni – a może nawet największym w jej ponad 70-cioletniej historii. Widzę pewne podobieństwa do wydarzeń związanych z wykryciem afery plagiatowej dr hab. A. Jendryczko przez dr Marka Wrońskiego. Sprawa wówczas miała wymiar ogólnoświatowy. Dzięki czujności „tropiciela” plagiatów doszło do wykrycia opublikowania dziesiątków skopiowanych prac naukowych na łamach wielu renomowanych pism światowych. To była chyba najbardziej spektakularna afera tego rodzaju w historii światowej nauki. Z udziałem dr Wrońskiego w Londynie doszło do spotkania redaktorów naczelnych kilkudziesięciu czołowych periodyków naukowych i podjęto wówczas ważna decyzje dotyczące wspólnej polityki antyplagiatowej. To był przełom; dziś w każdej szanującej się redakcji nadsyłane prace przed wprowadzeniem ich do procedury recenzji muszą przejść test przez program antyplagiatowy. W taki sposób polska nauka wniosła swój wkład do systemu globalnego; tylko czy o taki „wkład” zabiegamy? To była jednak gorzka lekcja; nie było łatwo być pracownikiem uczelni, której pracownik dopuścił się tak gigantycznego oszustwa. Czy nasza uczelnia i szerzej polska nauka stanęły na wysokości zadania i sprostały wyzwaniu? Nie sądzę, co prawda udało się wstrzymać nadanie tytułu naukowego profesora dr hab. Jendryczce, ale zgodnie z moją wiedzą nie poniósł on żadnej prawdziwej kary. Pracował, a może nadal pracuje w innych polskich uczelniach.

Widzę wiele podobieństw do bieżącej sytuacji. I wówczas i dziś masa ludzi była zaangażowana: przed laty w procesie tworzenia dziesiątków prac naukowych, dziś w procesie dydaktycznym. Jak to możliwe, że nikt z tak wielu współautorów skopiowanych prac nic nie wiedział o tym procederze? A w procesie dydaktycznym bierze udział tysiące osób, studentów i pracowników naukowych. Jeśli rzeczywiście opisywane zjawiska są tak powszechne dlaczego nie były zgłaszane? Ale przecież żadna instytucja nie może opierać się na tego rodzaju sygnałach, obowiązkiem uczelni jest kontrola jej funkcjonowania na wielu płaszczyznach. Muszą istnieć procedury umożliwiające nadzór nad uczelnią. Musi funkcjonować ciągły system kontroli gwarantujący wysoki poziom nauczania oraz jakość pracy naukowej. Wobec mizernych efektów działania władz uczelni w związku z aferą plagiatową można się zastanowić w kontekście aktualnych doniesień czy nie powinny do akcji wkroczyć inne organy państwa; np. ministerstwo lub prokuratura o ile zgłaszane czyny mają charakter przestępczy.
Zatem jak bumerang wraca kwestia systemu polskiej nauki. Profesjonalnego systemu, zorientowanego na jakość a nie rozbudowanej do granic absurdu biurokracji. Jeśli nie dojdzie do takich zasadniczych zmian opisywane zjawiska będą się powtarzać w wielu polskich uczelniach.
Trzy dekady braku działań reformatorskich na poziomie państwa zbierają dziś swe smutne „żniwa”.

czwartek, 11 czerwca 2020

O polskiej nauce

Na fanapagu ŚUMemes w ostatnich dniach zamieszczono wiele krytycznych opinii dotyczących naszej Uczelni. Nie mam pełnego wglądu w ich treść, znam tylko nieliczne teksty ale nie ulega wątpliwości, że problem jest poważny. Na stronie internetowej Uczelni władze zamieściły swe stanowisko w tej sprawie.
Nie mam ani wiedzy ani podstaw by ferować wyroki i kogokolwiek usprawiedliwiać ani tym bardziej oskarżać. Chciałbym jednak zaapelować o umiar i rozsądek. Nie jest sztuką anonimowo formułować zarzuty. Przykładowo, studentka (lub była studentka) zarzucająca molestowanie powinna była to zgłosić niezwłocznie po takim fakcie. A dziś rzuca podejrzenie na inne osoby pracujące w tej katedrze. Tu nie ma miejsca na anonimowość, ktoś się dopuścił czynu niegodnego i należy podjąć kroki wobec konkretnego człowieka, a nie całego zespołu. Na to zwrócono uwagę w stanowisku Uczelni, są przecież możliwości zgłaszania takich zachowań.
Pomijając tego rodzaju naganne zachowania gros uwag dotyczy zajęć dydaktycznych. Z pewnością obiektywne trudności stworzone przez pandemię dołożyły wiele niełatwych do realizacji zadań.
Dlaczego nagle wylała się cała masa zarzutów? Szala goryczy się przelała? Nie wiem, ale jestem przekonany, że tego rodzaju sytuacje się wyrazem zjawisk toczących się od dawna, od dekad. Działanie każdej instytucji, także uniwersytetu jest wypadkową bardzo wielu czynników. Nic nie dzieje się nagle, wszystko jest pochodną codziennych wysiłków pokoleń pracowników. To nie jest tak, że jakość dydaktyki jest oderwana od jakości całej instytucji. Jak wiemy, polska nauka w ostatnich 3 dekadach licząc od przełomu 1989 roku jest na stałej równi pochyłej. Dla władzy, ktokolwiek by jej nie sprawował, nauka i szkolnictwo wyższe to zawsze były i są kwestie marginalne.
To diagnoza nie do podważenia czego najlepszym odzwierciedlaniem jest finansowanie na poziomie poniżej 0,5% PKB. A powinno być co najmniej 2%, czterokrotnie więcej!

To nie jest skandal, to jest działanie antypaństwowe, sprzeczne z żywotnym interesem kraju. To jest praprzyczyna opisywanych zjawisk.
Nie oznacza to oczywiście zgody na taki stan rzeczy, ale krytycy powinni zrozumieć, że problem jest znacznie szerszy.

Jak uczynić by poziom uczelni, w tym poziom dydaktyki był dobry? W mojej ocenie tylko stały system oceny jakości prowadzony za pomocą ankiet wypełnianych przez studentów daje szanse na poprawę jakości zajęć. Nie oceny raz, dwa razy w roku akademickim, to musi być proces ciągły. Gdy wprowadzono w naszej Uczelni system ankiet, które wypełniało 5-10% studentów wielokrotnie podnosiłem ten fakt w czasie obrad Senatu wskazując, że nic z tych danych nie wynika. Niestety, mijają lata i nic się nie zmienia. Kultura organizacyjna każdej instytucji musi uwzględniać głos odbiorców jej działań, w przypadku uczelni to głównie jest głos studentów. Tylko czy w świetle obiektywnej sytuacji polskich uczelni naprawdę możemy sprostać oczekiwaniom?
Pamiętajmy, uczelnie dysponują budżetem CZTEROKROTNIE niższym niż potrzebny! Jak dotąd w mojej ocenie reformy systemu szkolnictwa wyższego wyrażają się przede wszystkim wymaganiami biurokratycznymi bez stworzenia możliwości rzeczywistego rozwoju, w tym prowadzenia pracy naukowej i realizacji zadań dydaktycznych na wysokim poziomie.
Koło się zamyka, z próżnego i Salomon nie naleje...

czwartek, 4 czerwca 2020

4 czerwca 1989

Warto przypomnieć o dzisiejszych rocznicach.

Przed 31 laty w Polsce odbyły się pierwsze częściowo wolne wybory i w ich wyniku wszystkie miejsca w Senacie RP zajęli przedstawiciele społeczeństwa. Wtedy padły słynne słowa Joanny Szczepkowskiej wypowiedziane na żywo w czasie emisji wieczornych wiadomości TV: 4 czerwca w Polsce skończył się komunizm.

Tego dnia w Chinach na placu Niebiańskiego Spokoju wojsko na rozkaz władz Chin dokonało masakry studentów pokojowo domagających się zmian ustrojowych i demokratyzacji Chin. Zginęły tysiące ludzi. A świat - poza nic nie znaczącymi protestami - nic nie uczynił.
Dziś zbieramy owoce ówczesnej inercji, właśnie trwa brutalny proces inkorporacji Hong-Kongu do Chin terytorialnych i likwidacja demokracji w tej części świata. I jak przed 31 laty, odbywa się bez rzeczywistej reakcji wolnego świata.
To nie wróży dobrze na przyszłość...

środa, 27 maja 2020

Po uważnej lekturze ostatniego listu Profesora Szewieczka doszedłem do wniosku, że warto pokusić się by na blogu zamieszczać informacje dotyczące osiągnięć i sukcesów pracowników lub absolwentów naszej Uczelni. Mogłyby to być krótkie "newsy" lub nieco dłuższe teksty w myśl poglądu, że "cudze chwalicie, swego nie znacie".

Z przyjemnością zapraszam Czytelników bloga do współpracy i nasyłania takich informacji na podany adres poczty elektronicznej.

Zachęcam do autoryzowania wypowiedzi; przy braku takiej zgody list opublikuję anonimowo niemniej proszę o dane autora do mojej wiadomości.

niedziela, 24 maja 2020

List Profesora Jana Szewieczka

Szanowny Panie Profesorze,
Drogi Wojtku,

Wiele gorzkich i krytycznych ocen pojawia się na Twoim blogu. Podobnie, jak w społeczeństwie. Perspektywa spojrzenia na życie jest ważna. Tak, uczciwe dostrzeganie zła i przeciwstawianie się mu jest konieczne. Ale nie mniej ważne jest dostrzeganie dobra: zarówno w sobie samym, jak i w innych ludziach, w naszym życiu. Frustracja zniechęca. Dobro motywuje do pracy. Zachowanie właściwej proporcji oceny jest kwestią rzetelności, tej samej, która tak bardzo potrzebna jest w nauce.
Pada wiele krytycznych słów na temat naszej uczelni. Ale uczelnię tworzą ludzie. Wielu, których geniusz naukowy połączony z pracowitością zasługuje na podziw. Wspomnę jedynie Profesora Kornela Gibińskiego i kolejne pokolenia Jego wybitnych uczniów, wśród nich – Profesora Franciszka Kokota i Jego znakomitą „szkołę” z Profesorem Władysławem Grzeszczakiem i Tobą – Jego uczniem. Wielu swoim zaangażowaniem i poświęceniem tworzyło fundamenty dydaktyki. Mistrzowie dla studentów. Nie wszyscy mieli znaczące osiągnięcia naukowe – ci szczególnie często pozostają w cieniu. Wielu innych swoją niedocenianą pracą organizacyjną i pomocniczą zapewnia funkcjonowanie uczelni. Myślę o rektoracie i dziekanatach, ale też – szczególnie ciepło – o bibliotece. Nie tracąc z pola widzenia spraw wymagających naprawy, powinniśmy dostrzegać to, co wartościowe. Współtworzymy tę uczelnię. Większość ludzi, których znam, pracuje z wielkim zaangażowaniem. Wyrazem takiego zaangażowania w sprawy uczelni jest przecież także Twój blog. Warto poświęcać więcej uwagi przeszłym i obecnym osiągnięciom. Konkretnym ludziom, konkretnym osiągnięciom. Także – rozsianym po świecie absolwentom naszej uczelni. Ich osiągnięcia to przecież także dziedzictwo tej uczelni. Powinniśmy to robić z myślą o studentach, którzy – jak sądzę – mają prawo do dumy ze swojej Alma Mater, podobnie jak my. Dziedzictwo jest wartością, ale także zobowiązuje. Studenci powinni wiedzieć, że są za uczelnię współodpowiedzialni. Szczególnie dotyczy to kształtowania poziomu dydaktyki – studenci są jej podmiotem, a nie przedmiotem.

Kilka słów o życiu społecznym. Zbyt często rywalizacja między stronnictwami politycznymi przybiera charakter bezwzględnej walki. Jest to wyniszczające dla społeczeństwa. W rywalizacji potrzebna jest uczciwości i dobra wola – dostrzeganie dobra również po stronie przeciwnika. Chcę wspomnieć wielką pracę Prof. Łukasza Szumowskiego i jego zespołu, która wielu ludzi uchroniła od śmierci. Pamiętam jego zmęczenie w pierwszych tygodniach epidemii, a dziś z przykrością obserwuję cyniczne ataki na niego.
Życzę nam wszystkim jak najszybszego ustąpienia epidemii i powrotu do normalnego życia. Jednak, kiedy spotykają mnie trudności, zastanawiam się, co Opatrzność chce mi powiedzieć. Trudności są wyzwaniem i zadaniem. Szansą na poprawienie czegoś, przewartościowanie, umocnienie. Obyśmy tej szansy nie zmarnowali.

Serdecznie pozdrawiam
Jan Szewieczek

piątek, 22 maja 2020

O dydaktyce słów parę

Do ostatniego tekstu nadeszło wiele komentarzy dotyczących dydaktyki. Dziękuję za uwagi Czytelników. Sytuacja epidemiczna wymusiła zmianę systemu prowadzenia zajęć dydaktycznych. Generalnie nie jestem zwolennikiem prowadzenia zajęć w trybie internetowym, ale być może to jest dobry moment by się zastanowić jak wykorzystać zebrane doświadczenia w celu poprawy jakości pracy dydaktycznej. Nie sądzę by było to możliwe do wykonania przez nas samych. Sami się nie ocenimy, tkwimy w procesie dydaktycznym; jest niezbędne spojrzenie z zewnątrz. Jest potrzebna solidna, profesjonalna analiza przeprowadzona przez ludzi niezwiązanych z naszym uniwersytetem. Bez zebrania szeroko zakrojonych, wnikliwych danych dających wgląd w dydaktykę - tę dzisiejszą i tą sprzed pandemii - od wszystkich uczestników procesu dydaktycznego (przede wszystkim studentów oraz pracowników dydaktycznych) nie ma szans na uzyskanie obrazu sytuacji. Takie dane powinny pomóc w modyfikacji procesu dydaktycznego prowadzącej do poprawy jego jakości.
To jest oczywiście zadanie, którego mogą się podjąć tylko władze uczelni. To wymaga odważnych decyzji oraz pewnych nakładów finansowych.

poniedziałek, 18 maja 2020

O Ustawie 2.0 i koronawirusie

Co oznacza słowo „Uniwersytet”? Pewnie encyklopedyczna definicja nie jest w stanie pomieścić wszystkich aspektów tak pojemnego pojęcia. Niewątpliwie ludzie, którzy byli kiedyś studentami (a tych są przecież miliony) oraz ci, którzy są pracownikami uczelni dysponują osobistymi doświadczeniami. Dla mnie Uniwersytet to miejsce, w którym trwa nieustająca praca twórcza idąca dwoma głównymi nurtami: dydaktycznym i naukowym. Oba te podstawowe obszary mają jeden podstawowy wspólny mianownik: człowieka. W szkole wyższej wszystko obraca się wokół ludzi. Dydaktyka to student, żywy, młody i dociekliwy umysł. A nauka nie składa się przecież tylko z laboratoriów, urządzeń diagnostycznych, programów komputerowych; nauka to pomysły badawcze, a te tworzą ludzie. To ludzie tworzą zespoły badawcze, wykonują tysiące czynności, piszą publikacje. Zatem nieco upraszczając; uniwersytet to człowiek z całą swoją barwnością, intelektualną ciekawością tajemnic świata. W swej codziennej działalności uniwersytet to tygiel ludzi, idei, spotkań, dyskusji, nigdy niekończących się sporów intelektualnych.

Czy można zatem w myśl tej wizji wyobrazić sobie uniwersytet bez ludzi? To nie jest możliwe, nie ma ludzi, nie ma uniwersytetu.
W ostatnim czasie polskie szkoły wyższe otrzymały dwa ciosy trafiające w najczulsze miejsce czyli ludzkie kontakty.
Pierwszym była Ustawa 2.0 która zlikwidowała rady wydziału. Rady wydziału „od zawsze” stanowiły bardzo ważne miejsce w życiu uczelni. Tam zapadały ważne decyzje, ale było to także forum dyskusji i wymiany poglądów. A poza samymi obradami plenarnymi to było także miejsce spotkań kuluarowych, miejscem gdzie osoby z różnych katedr i zakładów po prostu mieli okazję by się poznać, porozmawiać i czasem zaplanować wspólne badania naukowe. Niestety, muszę stosować czas przeszły, ustawodawca widać nie miał wiedzy jaką różnoraką rolę odgrywały rady wydziału. Potrzeby zmian w uczelniach nie musiały uderzać w odwieczne obyczaje, w esencję życia uniwersyteckiego czyli kontakty między pracownikami. Być może w małych uczelniach można się obyć bez rad wydziału bez szkody do funkcjonowania uniwersytetu, ale w większych organizmach tej wyrwy nie sposób zastąpić.
Proces atomizacji trwa w najlepsze.

A drugie uderzenie nazywa się COVID-19. Życie przeniosło się do sieci. Studentów nauczamy w systemie e-learningowym, wiele innych ważnych decyzji zapada w drodze spotkań przy pomocy ekranu komputera. To była konieczność by jakoś zrealizować nasze zadania. Ale czy można wyobrazić sobie by tak miało na stałe wyglądać nasze życie? Szczególnie w uniwersytecie medycznym to jest wykluczone, jak nauczyć studentów badania pacjentów bez osobistego, bezpośredniego kontaktu? Życie bez personalnych kontaktów, bez żywego przekazu wiedzy to karykatura prawdziwego pojęcia „Uniwersytet”. A docierają głosy, że warto wykorzystać bieżące doświadczenia i część naszej aktywności przenieść na stałe do świata wirtualnego. To w mojej ocenie bardzo szkodliwe pomysły, godzące w sam sens szkoły wyższej. Szkoły wyższej, rozumianej, jako miejsce twórcze, miejsce wymiany poglądów, miejsce burzy mózgów, miejsce spotkania żywych ludzi.

Oczywiście, jeśli podążać tropem najnowszej historii polskich uniwersytetów od 1989 roku to droga właściwa. To kierunek przemianowania polskich uczelni w szkoły zawodowe.

Czy są jeszcze szanse na odwrócenie tego procesu? Osobiście obawiam się, że jest już za późno, pociąg historii wypchał nasz świat akademicki na tory dalekie od drogi do rozwoju niezależnej myśli i tworzenia nauki na poziomie światowym.

poniedziałek, 11 maja 2020

Bieżące pytania

W ciągu kilku dni wykonano tysiące testów diagnostycznych w kierunku koronawirusa u górników śląskich kopalń. Taka potrzeba powstała wobec stwierdzenia w tej grupie licznych przypadków COVID-19.
Jak wiemy od wielu tygodni pracownicy systemu ochrony zdrowia domagają się powszechnych badań dla nich by chronić zarówno samych pracowników jak i pacjentów. Takich badań się nie wykonuje rutynowo u lekarzy, pielęgniarek i ratowników i innych pracowników z pierwszej linii działań.

Stąd moje pytania:
Czy górnicy są "lepsi" od nas?
Kto pokrył koszt tych badań?

środa, 6 maja 2020

Parę uwag o polskiej nauce

Mój blog jest platformą informacyjno-dyskusyjną skupiającą swą uwagę na problemach życia akademickiego. Niemniej czasem „wypuszczam” się nieco poza tematykę polskiej nauki. Bywa, że zamieszczam teksty innych autorów. Ostatnio syn Tomasz podesłał mi znakomity tekst Prof. Andrzeja Szahaja, filozofa z Uniwersytetu w Toruniu. W mojej opinii to jest niezwykle trafna, syntetyczna diagnoza kształtowania fundamentalnych zasad funkcjonowania polskiego społeczeństwa od przełomu 1989 roku aż po rok 2020. To był bardzo ważny okres w historii Polski, okres budowania na nowego ładu społecznego po blisko pół wieku panowania systemu będącego zaprzeczeniem wszelkiej normalności i moralności. Systemu, w którym pojęcia wolność, demokracja, sprawiedliwość nie istniały albo były tylko nic nie znaczącymi frazesami. Musieliśmy podjąć wysiłek pracy „u podstaw” tak, by rozpocząć długą drogę budowy III RP, kraju, w którym swe miejsce do życia z poczuciem sprawiedliwości społecznej i szansami na osobisty sukces powinien móc znaleźć każdy mieszkaniec krainy między Odrą a Bugiem i Sanem.
Autor – elegancko unikając wchodzenia w detale „kuchni” politycznej, bez personalizacji opisywanych zjawisk – trafia w samo sedno zdefiniowania dzisiejszego stanu Polski. Co prawda pozornie istotą przedstawianych problemów jest świat polityki, ale to nie polityka jest osią toku myśli Autora. Centralną myślą jest wpływ etyki na politykę. Zaprezentowaną ocenę zjawisk dotyczących życia politycznego i społecznego, które obserwujemy od wiosny 1989 roku do wiosny 2020 roku pozwolę sobie tak skonkludować:
„Sprzeniewierzenie się zasadom etyki wyrażanej zapewnieniem powszechnie akceptowanej sprawiedliwości społecznej zaprowadziło Polskę w krąg krajów o ogromnych nierównościach społecznych, kraju, w którym prymat dzierżą ludzie władzy, która w swej istocie nie służy zwykłym obywatelom będąc raczej trampoliną do uzyskiwania osobistych korzyści relatywnie wąskiej grupie osób orbitujących wokół aparatu władzy”.

Dlaczego odnoszę się do tej analizy zjawisk społecznych na blogu dotyczącym świata nauki?

Wielokrotnie próbowałem analizować problemy uniwersyteckie, prezentowałem wydarzenia z mojej własnej uczelni, ale także te mające szerszy wymiar. Niestety, moja ocena stanu polskiej nauki i jej perspektyw na przyszłość jest bardzo pesymistyczna. Dotyczy to zarówno konkretnych problemów (w tym spraw macierzystej uczelni) jak i zjawisk ogólnych rzutujących na szanse rozwojowe polskiej nauki i polskiego szkolnictwa wyższego. Dziś, po uważnej lekturze tekstu Profesora Szahaja skłaniam się do tezy, że fatalny stan polskiej nauki można (prawie) wprost wpisać z sekwencję wydarzeń opisanych w kontekście życia politycznego. Uczelnie nie są oderwane od ogólnych trendów społecznych stanowiąc jego część. Generalne zasady funkcjonowania polskich uniwersytetów, wzorzec zachowań osób pełniących funkcje kierownicze, a także model kariery akademickiej wpisują się w tak celnie opisane przez Profesora ogólne reguły.
Może warto – co może być szczególnie przydatne młodszym pracownikom uczelni – przypomnieć jak wyglądały polskie szkoły wyższe na progu epokowej zmiany końca panowania „najlepszego” z systemów społeczno-politycznych, tzw. realnego socjalizmu. Koniec lat 80-tych zwiastował nadejście nowego. Pojęcia „swobody akademickie” czy „wolność słowa” miały wyprzeć na zawsze słowa „egzekutywa”, „cenzura” czy „sekretarz partii”. Oczekiwania i nadzieje były ogromne. Aż nadeszły nowe porządki, zniknęli uczelniani ubecy nadzorujący pracę dziekanów i rektorów, zniknęły koszmarki typu nomenklatury a nowe władze dziekańskie i rektorskie wybierały demokratycznie wyłaniane kolegia elektorskie. Oczywiste wydawało się wówczas, że skoro jesteśmy gospodarzami we własnym domu to jest tylko kwestią czasu by polskie uczelnie uzyskały jeśli nie światowy to przynajmniej solidny europejski poziom. Nikt rozsądny nie oczekiwał cudów „od zaraz”, reformy musiały potrwać, ale głęboko wierzyliśmy we wspólny sukces w jakiejś możliwej do zaakceptowania przyszłości.

Przeskoczmy trzy dekady do roku 2020.

-Czy polskie uczelnie doszlusowały do świata?
-Czy mamy kadrę i środki materialne by prowadzić badania na poziomie gwarantującym ich regularne publikowanie w czołowych periodykach naukowych?
Tak nie jest, najlepsze polskie uczelnie plasują się gdzieś w czwartej lub piątej setce w globalnych rankingach. Finansowanie na poziomie poniżej 0,5% PKB jest skandalicznie niskie.
Przypuszczam, że dystans do najlepszych uczelni na świecie od lat 80-tych się wręcz zwiększył.

Dostrzegam bezpośrednie przełożenie tak celnie opisanych przez Profesora zjawisk na świat nauki. Szkolnictwo wyższe nie daje szans na szybkie efekty, wymagana jest żmudna, mrówcza praca. Tu nie zdarzają się fajerwerki, cudowne odkrycia znikąd. Dlatego świat uniwersytecki jest obcym obszarem dla szeroko rozumianej klasy politycznej, światem, w którym trudno o tak upragniony ich bieżący sukces osobisty. Korzyści społeczne mające nadejść po dekadach ciężkiej pracy nikogo nie interesują.
To jedna praprzyczyna porażki polskiej nauki, nazwijmy ją polityczną.

Ale jest i druga, choć blisko związana z modelem życia politycznego. W polskich uniwersytetach ukształtowała się dominująca postawa ludzka nie motywowana ambicjami badawczymi, chęcią odkrywania „terra incognita”, pasją i pracowitością. Analogicznie jak świecie polityki czy samorządu decydujący głos, największe wpływy uzyskały osoby niekoniecznie na to zasługujące. Kariera przede wszystkim, wszystkie chwyty dozwolone. Prawdziwi liderzy, wybitne indywidualności, potencjalni odkrywcy są szybko sprowadzani na ziemię przez reguły codziennej szarzyzny. Albo wejdą w utarte przez pół wieku socrealizmu tory pokory i zaakceptują utrwaloną hierarchię władzy, ale muszą zniknąć ze świata nauki. Niejeden czytający te słowa powie: znam ludzi, którzy nie dali się wciągnąć w te grę, szli własną drogą i osiągnęli sukces. To prawda, ale to rzadkie przypadki, to droga zastrzeżona dla fanatyków nauki, osób o twardym charakterze i nieprzeciętnej odporności psychicznej.
Generalnie nie ma zbyt wiele miejsca w polskich uczelniach miejsca dla tego rodzaju ludzi.
My sami, pracownicy polskich uczelni mamy swój znaczący udział dotyczący dzisiejszego stanu polskich uczelni, nie daliśmy rady, nie sprostaliśmy wyzwaniom czasu.
Polityka nakryła nas czapką, etyka nauki została wyparta przez „etykę” władzy...

Dziś polskimi uczelniami rządzi wszechwładna biurokracja (którą współtworzą także pracownicy polskich uczelni), karty rozdają kanclerze, bezimienni prawnicy czy urzędnicy różnego szczebla.
Ważne są sprawozdania, raporty i inne dokumenty nie dotykające zwykle najistotniejszych kwestii.
Poziom pracy badawczej i jakość dydaktyki zepchnięto na dalszy plan.
A że Polska bez własnej, silnej nauki na zawsze pozostanie krajem drugoplanowym, tłem dla świata, konsumentem obcej myśli, krajem zależnym idei obcego pochodzenia jest przedmiotem troski niewielu osób.

sobota, 2 maja 2020

Trafna diagnoza polskiej rzeczywistości

Prof. Andrzej Szahaj: Kapitalizm drobnego druku.
Niesprawiedliwość a demoralizacja

środa, 29 kwietnia 2020

Konferencja online - COVID19 - jak wykorzystac doswiadczenie?

Witam,
Zapraszam do udzialu w telekonferencji poswieconej COVID19, Sroda, 29 kwietnia, godz. 16 - 18 czasu Chicago (poczatek o 23.00 czasu polskiego)

https://us02web.zoom.us/j/89149180355

Bardzo prosze o przekazanie informacji o konferencji do Panstwa Znajomych i adresatow. Mam nadzieje ze uda sie przeprowadzic konferencje dla wielu uczestnikow. Jest wielka okazja, by dowiedziec sie ciekawych rzeczy i jednoczesnie byc dumnym z misji polskich lekarzy, oficerow Wojska Polskiego.

Program Konferencji obejmuje trzy 10-15 min prezentacje po ktorych wykladowcy beda odpowiadali na przeslanie podczas konferencji pytania.

Wykladowcy to lekarze - czlonkowie Polskiej Misji Medycznej, ktora przybyla do Chicago 23 kwietnia w efekcie bezposrednich rozmow miedzy Prezydentami Polski I USA.
Plan Konferencji:
1. Problemy i rozwiazania w walce z COVID19 we Wloszech - Dr. Robert Ryczek
2. Reorganizacja systemu Emergency w czasie pandemii - Dr. Jakub Klimkiewicz
3. ECMO w leczeniu pacjentow z COVID - Prof. Miroslaw Czuczwar
4. Odpowiedzi na przeslanie przez chat pytania.

Celem misji w ktorej uczestnicza lekarze, ratownicy medyczni i pielegniarki z Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie jest podzielenie sie doswiadczeniami z partnerami amerykanskimi z walki z COVID19 w polnocnych Wloszech.
Gopodarzem Misji w USA sa Illinois National Guards, a uczestnicy zapoznaja sie z systemem przygotowan I reagowania na pandemie w USA, wlacznie z dzialalnoscia szpitali, osrodkow opieki, osrodkow reagowania kryzysowego oraz nowo powstalych szpitali polowych. .
Jak do tej pory, jest to pierwsza (I jedyna) grupa lekarzy, ktorzy pojawili sie w USA od czasu rozwiniecia epidemii we Wloszech, Hiszpanii i innych krajach Europy.

Zapraszamy - prosze o ewentualne przetestowanie lacznosci przez zoom.us przed konferencja. Z uwagi o liczbe uczestnikow, wszystkie mikrofony beda wylaczone umozliwiajc czysty przekaz ze strony wykladowcow.
Podlaczenie do konferencji nie wymaga oplat ani innych dodatkowych czynnpsci.
Planowane jest nagrywanie wykladu ktory pozniej bedzie dostepny na stronie Zwiazku Lekarzy Polskich w Chicago, www.ZLPCHICAGO.ORG

Dziekuje I do zobaczenia/uslyszenia.
Marek Rudnicki, MD

wtorek, 28 kwietnia 2020

Parę słów o nauce

W cieniu pandemii miało miejsce ważne wydarzenie dla polskiego świata nauki. Prezydent RP A. Duda powołał nowego Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Został nim Wojciech Murdzek. Wcześniej nowy minister przez 12 lat był prezydentem Świdnicy i posłem VIII i IX kadencji Sejmu.
Jak widzimy stanowisko ministra objął były samorządowiec, dziś polityk.

Czy nauka to resort jak każdy inny, którym można kierować bez jakiegokolwiek doświadczenia w tym obszarze?

Nie sądzę, nauka to niezwykle "wrażliwy" teren. Tu do kierowania trzeba wizjonera, osoby mogącej wytyczać kierunki rozwoju na dekady. Nie kwestionując dobrej woli nowego ministra czy jego innych kompetencji np. kierowniczych czy administracyjnych to nie wyobrażam sobie by było możliwe wytyczanie nowych horyzontów.
A nowe perspektywy, śmiałe wizje są potrzebne nie tylko samym naukowcom, to absolutnie niezbędny warunek rozwoju państwa. Państwa niezależnego od obcej myśli, państwa silnego intelektem własnych elit, w tym liderów w świecie nauki.
Na blogu wielokrotnie poruszałem strategiczne znacznie nauki dla Polski. O znaczeniu każdego kraju nie świadczy liczba obcych montowni, galerii handlowych, stadionów piłkarskich i aquaparków.
Obawiam się, że kryzys, który właśnie się zaczyna za sprawą pandemii obnaży zaniedbania polskiej nauki rzutujące na poziom rozwoju cywilizacyjnego kraju.

czwartek, 23 kwietnia 2020

Dziś i jutro

Dziś sprawy akademickie zeszły na dalszy plan, świat zmaga się z pandemią.
Warto mimo natłoku presji bieżących wydarzeń przez chwilę z pewnej oddali spojrzeć na obecną sytuację.
Czy pamiętasz Czytelniku 4 czerwca 1989? co się wówczas wydarzyło? Z naszej, polskiej perspektywy to był dzień ważnych wyborów Polek i Polaków, pierwsze po II wojnie światowej częściowo wolne wybory. Jak powiedziała Joanna Szczepkowska: "4 czerwca w Polsce skończył się komunizm".
Ale przecież w skali globalnej 4 czerwca to dzień masakry na Placu Niebiańskiego Spokoju, tego dnia wojsko chińskie dokonało tam masakry protestujących studentów, domagających się swobód obywatelskich i demokracji. Zginęło wiele tysięcy ludzi.
I co zrobił świat? Nic, przez trzy kolejne dekady trwa proces inkorporowania Chin (pardon Chińskiej Republiki Ludowej) do cywilizowanego świata. Krwawy reżim w najlepsze prowadzi globalną ekspansję. Chiny wcale nie ukrywają chęci zdominowania świata.
O ostatnie miesiące są tego najlepszym przykładem, ChRL wyeksportowała swój "najlepszy" produkt, jego nazwa to COVID-19.

Współczesny świat zamarł w bezruchu. Ale mamy Chiny, dostarczą nam maseczek, wadliwych testów do badań diagnostycznych, vivat Chiny! Nowy rodzaj wojny, wojna biologiczna, ale może jeszcze bardziej trafnym określeniem jest "wojna cywilizacyjna". Wojna o panowanie nad światem.
To być może ostatni moment by zapobiec światowej katastrofie, by nie dać się przerobić na chińskich najemników. Dziś połączony potencjał Europy, USA, Kanady, Australii i wielu innych krajów pozwala na zatrzymanie chińskiej ekspansji, jej efekty dziś odczuwa każdy z nas.

Tylko czy to jest jeszcze możliwe? Czy wolny świat jest w stanie przejrzeć na oczy? Czy demokracja może skutecznie walczyć z bezwzględnym reżimem?

Jest takie powiedzenie, że historia nigdy się nie powtarza. Lenin kiedyś powiedział, że kapitalistów powiesimy na sznurze, który sami wyprodukują i nam sprzedadzą. To się nie udało w latach 20-tych ubiegłego stulecia dzięki zwycięstwu militarnemu w bitwie warszawskiej.
A dziś jest coraz bliżej podporządkowania świata zachodnich demokracji interesom bezwzględnego reżimu chińskiego.

niedziela, 19 kwietnia 2020

Apel o nadsyłanie relacji związanych z epidemią

Docierają różne relacje pracowników opieki zdrowotnej dotyczące ich bieżących doświadczeń związanych z epidemią.
Wczoraj zadzwonił do mnie znajomy chirurg, jego relacja jednoznacznie pokazuje, że tak naprawdę w obliczu problemu epidemiologicznego dyrekcja szpitala zostawiła go samemu sobie. Wiele dramatycznych wypowiedzi można znaleźć w sieci.
Sądzę, że ważne jest by zbierać takie relacje. To da w przyszłości możliwość uzyskania szerszej oceny wydarzeń. To ma znaczenie nie tylko dokumentacyjne, ale może być pomocne w przygotowaniu zasad działania na przyszłość w podobnych sytuacjach.
Proszę o nadsyłanie swoich uwag na mój adres poczty elektronicznej podany na blogu i wyrażenie zgody na publikację relacji na blogu z podaniem nazwiska autora lub anonimowo. Jeśli autor nie życzy sobie publikacji tekstu proszę o taką informację.

piątek, 17 kwietnia 2020

O niewidzialnym wrogu, który rzucił świat na kolana



Trzykrotnie zabrałem głos w sprawie pandemii – 22.03, 31.03 i 7.04. Od początku miałem wątpliwości czy na pewno przyjęto najbardziej właściwą strategię działań.

To był i ciągle jest ogromny dylemat: ratować życie ludzkie czy ratować świat od katastrofy cywilizacyjnej?

W pierwszym odruchu każdy powie: życie to wartość najważniejsza, musimy go bronić za wszelką cenę. I tak w zasadzie działa cały świat – poza Szwecją. Nie ma dyskusji, życie każdego człowieka jest warte podjęcia działań w jego obronie. Ale kroki paraliżujące funkcjonowanie całych państw wcale nie muszą oznaczać, że uzyskamy oczekiwany efekt.
Po pierwsze, paraliż państwa to także paraliż systemu opieki zdrowotnej, co nieuchronnie musi spowodować trudności z otrzymaniem opieki z innych przyczyn. Już dochodzą informacje – nie tylko z Polski – o mniejszej liczbie udarów i zawałów. Przecież to niemożliwe, ci pacjenci nie docierają po prostu do szpitali. Jak długo można leczyć pacjentów „przez telefon”?
Po drugie, paraliż gospodarki musi spowodować problemy z bieżącym finansowaniem systemu opieki bo środków do dyspozycji będzie mniej.
Po trzecie, wytrzymałość personelu nie jest nieograniczona. Jest nas za mało, ochrona przeciwwirusowa jest niewystarczająca i należy założyć, że pracowników medycznych będzie ubywało.

Stąd pytanie czy nie należało poważnie wziąć pod uwagę innych scenariuszy. Czasu na zastanowienie było dużo, już przecież na początku roku było wiadomo, że pandemia jest wysoce prawdopodobna. Było co najmniej 5-6 tygodni na rozważenie możliwych sposobów działania. Od takich analiz są „think tanki”, a decyzje podejmują w imieniu całych społeczeństw ludzie aktualnie sprawujący władzę. To nie może być działanie pod presją chwili, bez solidnej analizy. Nie sztuką jest podjąć taką lub inną decyzję bez przewidywania jej konsekwencji – tych bieżących i tych dotyczących przyszłości milionów ludzi. To jak w szachach, początkujący adept królewskiej gry planuje najwyżej kilka ruchów, mistrz przewiduje swe ruchy na 15 posunięć, arcymistrz na ponad 20. A wobec „niewidzialnego” wroga świat zaczął podejmować błyskawiczne decyzje. Gdyby rzeczywiście w skali globalnej istniała współpraca można by znacznie wcześniej podjąć działania zapobiegawcze. Nie należy także pominąć doświadczeń z przeszłości, było zagrożenie epidemią SARS czy Ebola, był czas na wprowadzenie modeli działań zaradczych.
Ale „money, money, money” jak zawsze górą, chciwość człowieka nie zna granic…

Dziś na zmianę drogi na jakiej się znajdujemy już za późno. Podjęta obrona życia ludzkiego w swej istocie wcale nie musi oznaczać powodzenia tej misji, natomiast z pewnością doprowadzi do zapaści cywilizacyjnej, pewnie tym większej im dane państwo jest biedniejsze. Ale dobie globalizacji wszyscy odczują efekt COVID-19.

Pytanie na koniec: czego ta brutalna, tragiczna lekcja nauczy ludzkość?

czwartek, 16 kwietnia 2020

List Profesora Ryszarda Brusa

SZANOWNY PANIE PROFESORZE,


Czytam Pański blog przeciętnie 1 - 2 razy w miesiącu. Jak na emerytowanego pracownika SUM (od 12 lat) jest on dla mnie źródłem informacji czym żyje Uczelnia, z którą byłem związany przez 48 lat i 4 miesiące.

W Pańskim wpisie z dnia 26.03. br. przeczytałem opis strajków studenckich przed stanem wojennym i cytat:

"Nie pamiętam, kto był pomysłodawcą by zorganizować cykl wykładów dla strajkujących studentów".

To pragnę wyjaśnić. Od dnia 01. 09. 1980 r w wyborach powołano nowe Władze Uczelni. Na Wydziale zabrzańskim Dziekanem został Prof. Szczepański, mnie zaś powołano na stanowisko Prodziekana ds. Studenckich. I od jesieni 1981 roku Dziekanat został zalany falą strajkujących studentów. Jednym z liderów Niezależnego Zrzeszenia Studentów na wydziale był Roman Cichoń, student, który jednocześnie pracował w Kole Naukowym Katedry Farmakologii pod moim bezpośrednim kierunkiem. Miałem z Nim doskonałe relacje, co chyba może potwierdzić dziś Prof. Cichoń, znakomity i ceniony kardiochirurg.
Na jednym z posiedzeń Kolegium Dziekańskiego dyskutowaliśmy o bieżących sprawach studenckich w tym o ich wolnym czasie na korytarzach Dziekanatu. Wpadliśmy na pomysł by zorganizować studentom jakieś zajęcia, np. wykłady. Pomysł został zaakceptowany a Dziekan Prof. Szczepański zlecił mi realizację tego pomysłu.

Niebawem wygłosiłem pierwszy wykład, nie pamiętam jego tematu. Pomysł "chwycił". Od tego momentu prawie codziennie zapraszałem naszych mądrych, wybitnych ludzi z uczelni by spotkali się ze studentami i przedstawili coś sensownego na naukowe i inne tematy.

Tak to przebiegało aż do 8 grudnia kiedy zakończył się strajk studencki.

To tyle krótkich refleksji na wspomniany temat.

Z poważaniem,

RYSZARD BRUS, emerytowany Profesor SUM (od 01. 10. 2008 r.).

sobota, 11 kwietnia 2020

Jeden trefny pacjent rozwali cały szpital

https://kobieta.onet.pl/jeden-trefny-pacjent-rozwali-caly-szpital/ey9ezxg

czwartek, 9 kwietnia 2020

Życzę Czytelnikom bloga
zdrowych i bezpiecznych
Świąt Wielkiej Nocy

wtorek, 7 kwietnia 2020

Głos eksperta

Profesor Robert Flisiak pisze:

- Nie miejcie złudzeń. Koronawirus zawita i zanim się rozpędzi, padną wątłe zakaźne zespoły lekarsko-pielęgniarskie wykończone absurdalnymi skierowaniami z SOR i awanturami z ekipami karetek systemowych. Czy są ochotnicy gotowi ich zastąpić? - pyta prof. dr hab. Robert Flisiak, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, w „Menedżerze Zdrowia”.

Tekst prof. Roberta Flisiaka:
- W dniu, w którym piszę te słowa, Polska jest już krajem o średniej liczbie rozpoznawanych dziennie zakażeń SARS-CoV-2. Ale czy jest to prawdziwa liczba zakażeń? Oczywiście, że nie. Co gorsze, nie wiemy, czy jest ich dwa czy trzy razy więcej. Każdy z nas zna przykłady osób, które pomimo objawów choroby nie zostały zbadane. Niektóre z nich w sposób zdyscyplinowany pozostawały w izolacji, ale część zapewne nie wytrzymała. Jednak nawet ci, którzy pozostali przez dwa tygodnie w izolacji, mogą być nadal źródłem zakażenia, o czym wie każdy lekarz monitorujący chorych w oddziale chorób zakaźnych. Do tego dochodzą bezobjawowi nosiciele rozsiewający zakażenie. Tymczasem w wielu województwach izolatoria dla o bezobjawowych zakażonych są fikcją, a osoby oczekujące na wyniki odsyłać trzeba do izolacji domowej. Czy można wierzyć w to, że w Polsce nagle tak poprawiły się warunki mieszkaniowe, że każda taka osoba ma własne lokum? Wprawdzie wzrosła liczba laboratoriów, ale realizacja zalecenia WHO, które w skrócie brzmi „test, test, test” jest niemożliwa, bo wąskim gardłem (nomen omen) pozostają punkty pobierania próbek. Ale co gorsze aktualne działania ministerstwa wskazują na brak woli zwiększania ich liczby. Czyżby z obawy, że przełożyłoby się to na zwiększenie liczby rozpoznanych zakażeń? Czemu służą absurdalne stwierdzenia, że testowanie w kwarantannie jest zbędne, gdy jest oczywistym, że jest to najłatwiejszy sposób zlokalizowania potencjalnych zakażonych? Dlaczego wzorem Koreańczyków, którym udało się ograniczyć epidemię, nie otwieramy punktów pobierania próbek w każdym możliwym miejscu? Przecież wiadomo, że jedynym sposobem opanowania epidemii jest izolacja zakażonych, ale żeby ich izolować, trzeba ich wykryć, a żeby wykryć, trzeba testować.

Tymczasem praktycznie głównymi miejscami testowania stały się izby przyjęć oddziałów chorób zakaźnych, które dodatkowo są obciążone niebywałym ruchem chorych kierowanych z „podejrzeniem” COVID-19. Niestety, rozpoznanie to stało się tak modne, że jest podstawowym u chorych zagrożonych zawałem, z wieloletnim POChP, z urazami głowy czy z ostrym brzuchem. Tak naprawdę wystarczy stwierdzenie gorączki powyżej 37 stopni Celsjusza lub kaszlnięcie, aby natychmiast kierować do oddziału zakaźnego.
Ilu Polaków musi umrzeć tylko dlatego, że ktoś uznał w swej bezlitosnej głupocie albo co gorsze z premedytacją, że od dzisiaj ból za mostkiem jest efektem działania koronawirusa? Gdzie się podziały lata studiów, nauki do specjalizacji i zbierania doświadczeń medycznych?

Wciąż są SOR-y, które nie wpuszczają karetek na podjazd bez uprzedniego zmierzenia ciepłoty ciała. Trudno mi zrozumieć lekarzy ryzykujących życie pacjenta w takiej sytuacji. Niestety, to nie jest tylko niewiedza, ale także brak instynktu samozachowawczego. Jak można być tak naiwnym i myśleć, że „zaraza” przejdzie bokiem. Przecież widać po tym, co się dzieje w Europie, że kraje z nieporównalnie lepszą jakością opieki zdrowotnej mają codziennie tysiące zachorowań i setki zgonów. Zadajcie sobie pytanie, jakie są powody, by Polska miała nie przechodzić tego, co obserwujemy we Włoszech, Hiszpanii, Francji czy nawet w Niemczech. Czy jesteśmy lepiej przygotowani? Czy mamy pod dostatkiem sprzętu ochrony osobistej? Magazyny są pełne respiratorów? A może mamy więcej lekarzy i pielęgniarek?

Jeżeli policzymy, to nietrudno dojść do wniosku, że wkrótce codziennie będzie rozpoznawanych w Polsce kilka tysięcy zakażeń i kilkaset zgonów z powodu SARS-CoV-2. A to znaczy, że wszystkie szpitale będą „covidowe”. Czy myślicie, że wtedy małe izby przyjęć oddziałów i klinik chorób zakaźnych przyjmą wszystkich chorych? Czy naprawdę sądzicie, że da się tam umieścić wszystkich potrzebujących? Czy sądzicie, że tych kilka respiratorów prowizorycznie zainstalowanych w salach nie przystosowanych do funkcji OIT uratuje ich życie?

Nie miejcie złudzeń.

Zanim COVID-19 się rozpędzi, padną wątłe zakaźne zespoły lekarsko-pielęgniarskie wykończone absurdalnymi skierowaniami z SOR i awanturami z ekipami karetek systemowych. Czy są ochotnicy, którzy są gotowi ich zastąpić?

Niestety, COVID-19 zawita wkrótce do każdego szpitala. I to niekoniecznie przez SOR, przychodząc z pacjentem. Jak uczy doświadczenie, nierzadko koronawirus wchodzi z personelem i to może tym, który dzisiaj tak „dzielnie” broni bramy szpitalnej. Bo przecież jeżeli ktoś irracjonalnie zachowuje się w pracy, dlaczego ma postępować mądrze w domu, w sklepie, na ulicy gdzie może też być złapany przez wirusa. Jeszcze się łudzicie, że ten natłok chorych przyjmą szpitale jednoimienne, te z niewyszkolonym i niezabezpieczonym personelem? Kto i kiedy miał ich przygotować, skoro nie było tam doświadczonych zakaźników i epidemiologów? Jeżeli jeszcze nie utworzyliście w każdym szpitalu oddziału obserwacyjnego, w którym pacjenci podejrzani o zakażenie będą mogli poczekać w warunkach izolacji na wykluczenie SARS-CoV-2 w pobliżu specjalisty (chirurga, ginekologa) i jeżeli nie zaczęliście wcześniej rozsądnie myśleć o zabezpieczeniu personelu, to już po was. Jutro lub pojutrze zostaniecie zaskoczeni eksplozją zakażeń, która w ciągu dnia zamieni wasz szpital w zakaźny albo w zakażony. Nie miejcie złudzeń, że da się przenieść wszystkich chorych łącznie ze „strażnikami bram SOR-u” do oddziałów zakaźnych. Tam, jak mawiał klasyk, już nie będzie niczego...

Lata beztroski kolejnych rządów i ministrów zdrowia zrobiły swoje.

Niedofinansowanie służby zdrowia jest niczym przy brakach w chorobach zakaźnych. Przez całe lata uznawano, że to specjalność skazana na zapomnienie, bo przecież to nie średniowiecze... Skoro SARS, MERS, „świńska” grypa czy ebola przeszły obok, to znaczy, że nic nam już nie zagrozi. Wnioski o uznanie specjalności choroby zakaźne za deficytową były lekceważone przez kolejnych ministrów. Teraz gdy jest ponad 20 specjalności uznanych za deficytowe, a chorób zakaźnych nadal wśród nich nie zobaczycie, należy utworzyć w trybie pilnym kategorię specjalności superdeficytowych, w której powinno być miejsce wyłącznie dla chorób zakaźnych. Jeśli nie, to za kilka lat, gdy przyjdzie kolejna epidemia, nas, zakaźników i naszych oddziałów będzie już o połowę mniej. Czy wystarczą wtedy e-wizyty w POZ?

Pozostaje mieć nadzieję, że rządzący uczą się na błędach. Jako prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych nie proszę o nic nadzwyczajnego. Oczekuję tylko deklaracji zmiany podejścia do ginącej specjalności, na której opiera się obrona przed tą pandemią i następnymi, które są nieuchronne. Proszę o […].

Tekst w całości opublikujemy w „Menedżerze Zdrowia” 3-4/2020. Czasopismo można zamówić na stronie: www.termedia.pl/mz/prenumerata..

Oklaski dla pracowników służby zdrowia

Dziś wiele mówi się o pracownikach służby zdrowia. Z okazji światowego święta płyną gratulacje do pracowników systemu opieki. Dziś w dobie pandemii to jest szczególnie ważne. Wiele osób w mediach w spektakularny sposób wyraża swą wdzięczność dla lekarzy i innych pracowników opieki zdrowotnej, widzimy polityków i zwykłych ludzi. Tak, to absolutna prawda, oddanie i odpowiedzialność naszego środowiska jest ogromna.
Szkoda jednak, że pomija się mniej medialną stronę codziennej pracy. Pandemia pokazała jak słaby jest nasz system, w jak trudnych przychodzi nam pracować. Wieloletnie zaniedbania ciągnące się od czasów tzw. socjalizmu wcale nie zostały nadrobione w ostatnich trzech dekadach. Jak to możliwe, że ten tak ważny społecznie obszar jest zauważany tylko w czasach nadzwyczajnych wydarzeń?
Za taki stan rzeczy odpowiadają wszystkie rządy od 1990 roku.
Nie potrzeba nam oklasków w świetle fleszy, obywatele oczekują prawdziwych reform. A pamiętajmy, po pandemii zostanie nam wykonanie ogromnej pracy. Już dziś pacjenci - poza tymi z COVID-19 - są pozostawieni sami sobie. Cena jaką zapłacimy za ten stan, mierzona zagrożeniem zdrowotnym Polek i Polaków jest i będzie wysoka.
Cenę jak zawsze zapłacą zwykli obywatele.

sobota, 4 kwietnia 2020

Bieżące pytania

Przed paroma dniami zadzwonił do mnie znajomy z prośbą o pomoc w zalezieniu lekarza, specjalisty. Udało mi się dotrzeć do kompetentnego lekarza, ale niestety była możliwa tylko porada telefoniczna. Ten lekarz zasugerował wykonanie pewnych laboratoryjnych badań dodatkowych oraz zdjęcia klatki piersiowej. Okazało się, że aktualnie nie jest to możliwe, nawet w trybie badania płatnego.

A wczoraj inna osoba się do mnie zwróciła z zapytaniem co ma zrobić bo niezbędnie potrzebuje leku p-bólowego a jej poradnia rodzinna jest zamknięta i nie ma nawet możliwości wystawienia e-recepty.

Nasuwa się pytanie: co mają zrobić osoby pilnie wymagające pomocy lekarskiej?
Czy na pewno działania związane z epidemią COVID-19 muszą prowadzić do paraliżu całego systemu opieki zdrowotnej?
To stwarza zagrożenie zdrowia i życia dla ogromnej liczby pacjentów pilnie potrzebujących pomocy lekarskiej.

Proszę o uwagi i własne spostrzeżenia.

czwartek, 2 kwietnia 2020

Noblistka Olga Tokarczuk o pandemii

Szanowni Państwo,
w związku z toczącą się w internecie dyskusją wokół mojego felietonu opublikowanego w „Frankfurter Allgemeine Zeitung” i kontrowersjami narosłymi z powodu faktu, że cytowane są jego wyrwane z kontekstu fragmenty, postanowiłam udostępnić Państwu całość oryginalnego tekstu w języku polskim.
Zapraszam do lektury :)
Olga Tokarczuk

Okno
Z mojego okna widzę białą morwę, drzewo, które mnie fascynuje i było jednym z powodów, dlaczego tu zamieszkałam. Morwa jest hojną rośliną - całą wiosnę i całe lato karmi dziesiątki ptasich rodzin swoimi słodkimi i zdrowymi owocami. Teraz jednak morwa nie ma liści, widzę więc kawałek cichej ulicy, po której rzadko ktoś przechodzi, idąc w kierunku parku. Pogoda we Wrocławiu jest prawie letnia, świeci oślepiające słońce, niebo jest błękitne, a powietrze czyste. Dziś podczas spaceru z psem, widziałam jak dwie sroki przeganiały od swojego gniazda sowę. Spojrzałyśmy sobie z sową w oczy z odległości zaledwie metra.
Mam wrażenie, że zwierzęta też czekają na to, co się wydarzy.
Dla mnie już od dłuższego czasu świata było za dużo. Za dużo, za szybko, za głośno.
Nie mam więc „traumy odosobnienia” i nie cierpię z tego powodu, że nie spotykam się z ludźmi. Nie żałuję, że zamknęli kina, jest mi obojętne, że nieczynne są galerie handlowe. Martwię się tylko, kiedy pomyślę o tych wszystkich, którzy stracili pracę. Kiedy dowiedziałam się o zapobiegawczej kwarantannie, poczułam coś w rodzaju ulgi i wiem, że wielu ludzi czuje podobnie, choć się tego wstydzi. Moja introwersja długo zduszana i maltretowana dyktatem nadaktywnych ekstrawertów, otrzepała się i wyszła z szafy.
Patrzę przez okno na sąsiada, zapracowanego prawnika, którego jeszcze niedawno widywałam, jak wyjeżdżał rano do sądu z togą przewieszoną przez ramię. Teraz w workowatym dresie walczy z gałęzią w ogródku, chyba wziął się za porządki. Widzę parę młodych ludzi, jak wyprowadzają starego psa, który od ostatniej zimy ledwie chodzi. Pies chwieje się na nogach, a oni cierpliwie mu towarzyszą, idąc najwolniejszym krokiem. Śmieciarka z wielkim hałasem odbiera śmieci.
Życie toczy się, a jakże, ale w zupełnie innym rytmie. Zrobiłam porządek w szafie i wyniosłam przeczytane gazety do pojemnika na papier. Przesadziłam kwiaty. Odebrałam rower z naprawy. Przyjemność sprawia mi gotowanie.
Uporczywie wracają do mnie obrazy z dzieciństwa, kiedy było dużo więcej czasu i można było go „marnować”, godzinami gapiąc się przez okno, obserwując mrówki, leżąc pod stołem i wyobrażając sobie, że to jest arka. Albo czytając encyklopedię.
Czy aby nie jest tak, że wróciliśmy do normalnego rytmu życia? Że to nie wirus jest zaburzeniem normy, ale właśnie odwrotnie – tamten hektyczny świat przed wirusem był nienormalny?
Wirus przypomniał nam przecież to, co tak namiętnie wypieraliśmy - że jesteśmy kruchymi istotami, zbudowanymi z najdelikatniejszej materii. Że umieramy, że jesteśmy śmiertelni.
Że nie jesteśmy oddzieleni od świata swoim „człowieczeństwem” i wyjątkowością, ale świat jest rodzajem wielkiej sieci, w której tkwimy, połączeni z innymi bytami niewidzialnymi nićmi zależności i wpływów. Że jesteśmy zależni od siebie i bez względu na to, z jak dalekich krajów pochodzimy, jakim językiem mówimy i jaki jest kolor naszej skóry, tak samo zapadamy na choroby, tak samo boimy się i tak samo umieramy.
Uświadomił nam, że bez względu na to, jak bardzo czujemy się słabi i bezbronni wobec zagrożenia, są wokół nas ludzie, którzy są jeszcze słabsi i potrzebują pomocy. Przypomniał, jak delikatni są nasi starzy rodzice i dziadkowie i jak bardzo należy im się nasza opieka.
Pokazał nam, że nasza gorączkowa ruchliwość zagraża światu. I przywołał to samo pytanie, które rzadko mieliśmy odwagę sobie zadać: Czego właściwie szukamy?
Lęk przed chorobą zawrócił więc nas z zapętlonej drogi i z konieczności przypomniał o istnieniu gniazd, z których pochodzimy i w których czujemy się bezpiecznie. I nawet gdyśmy byli, nie wiem jak wielkimi podróżnikami, to w sytuacji takiej, jak ta, zawsze będziemy przeć do jakiegoś domu.
Tym samym objawiły się nam smutne prawdy – że w chwili zagrożenia wraca myślenie w zamykających i wykluczających kategoriach narodów i granic. W tym trudnym momencie okazało się, jak słaba w praktyce jest idea wspólnoty europejskiej. Unia właściwie oddała mecz walkowerem, przekazując decyzje w czasach kryzysu państwom narodowym. Zamknięcie granic państwowych uważam za największą porażkę tego marnego czasu – wróciły stare egoizmy i kategorie „swoi” i „obcy”, czyli to, co przez ostatnie lata zwalczaliśmy z nadzieją, że nigdy więcej nie będzie formatowało nam umysłów. Lęk przed wirusem przywołał automatycznie najprostsze atawistyczne przekonanie, że winni są jacyś obcy i to oni zawsze skądś przynoszą zagrożenie. W Europie wirus jest „skądś”, nie jest nasz, jest obcy. W Polsce podejrzani stali się wszyscy ci, którzy wracają z zagranicy.
Fala zatrzaskiwanych granic, monstrualne kolejki na przejściach granicznych dla wielu młodych ludzi były zapewne szokiem. Wirus przypomina: granice istnieją i mają się dobrze.
Obawiam się też, że wirus szybko przypomni nam jeszcze inną starą prawdę, jak bardzo nie jesteśmy sobie równi. Jedni z nas wylecą prywatnymi samolotami do domu na wyspie lub w leśnym odosobnieniu, a inni zostaną w miastach, żeby obsługiwać elektrownie i wodociągi. Jeszcze inni będą ryzykować zdrowie, pracując w sklepach i szpitalach. Jedni dorobią się na epidemii, inni stracą dorobek swojego życia. Kryzys, jaki nadchodzi, zapewne podważy te zasady, które wydawały się nam stabilne; wiele państw nie poradzi sobie z nim i w obliczu ich dekompozycji obudzą się nowe porządki, jak to często bywa po kryzysach. Siedzimy w domu, czytamy książki i oglądamy seriale, ale w rzeczywistości przygotowujemy się do wielkiej bitwy o nową rzeczywistość, której nie potrafimy sobie nawet wyobrazić, powoli rozumiejąc, że nic już nie będzie takie samo, jak przedtem. Sytuacja przymusowej kwarantanny i skoszarowania rodziny w domu może uświadomić nam to, do czego wcale nie chcielibyśmy się przyznać: że rodzina nas męczy, że więzi małżeńskie dawno już zetlały. Nasze dzieci wyjdą z kwarantanny uzależnione od internetu, a wielu z nas uświadomi sobie bezsens i jałowość sytuacji, w której mechanicznie i siłą inercji tkwi. A co, jeśli wzrośnie nam liczba zabójstw, samobójstw i chorób psychicznych?
Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny, który nas kształtował przez ostatnie dwieście lat: że jesteśmy panami stworzenia, możemy wszystko i świat należy do nas.
Nadchodzą nowe czasy.