O Niezależnym Zrzeszeniu Studentów

Zapraszam do lektury książki o Niezależnym Zrzeszeniu Studentów w naszej Uczelni w latach 1980-81. To był niezwykle dynamiczny okres polskie...

środa, 29 października 2008

Na dzisiejszym posiedzeniu Senatu SUM poruszyłem kwestię słabych wyników ostatniego Lekarskiego Egzaminu Państwowego absolwentów naszej uczelni. Uważam, że kryzys dydaktyki jest faktem niezaprzeczalnym. By pokazać negatywny trend należy odnieść się do lokat z ubiegłych lat. Nasi absolwenci - lekarze w latach 2005 i 2006 byli najlepsi w Polsce, rok 2007 to 6 miejsce, dziś 8. Stomatolodzy startowali w 2005 roku z pozycji lidera w kraju, by po roku spaść na 5 miejsce, w 2007 na 7 i w roku bieżącym zamknąć listę.

Wyniki LEP-u zależą od dwóch głównych czynników ludzkich: studentów i nauczycieli akademickich. Nie sądzę, by przed laty studenci bardziej przykładali się do nauki, zatem odpowiedzi trzeba szukać w systemie nauczania.

Zapytajmy studentów, oni sami najlepiej wskażą nam co należy zmienić by odwrócić tę niepokojącą, negatywną tendencję rzutującą na wizerunek uczelni jaki całości.

poniedziałek, 27 października 2008

Studenci są w uczelniach najważniejsi; bez nich nasze uniwersytety nie mogłyby istnieć. Po kilkuletnim okresie studiów nadchodzi zawsze ich koniec i trzeba zmierzyć się z wyzwaniami dorosłego życia. Szanse na zrobienie kariery zawodowej w znacznym stopniu zależą od przygotowania i wiedzy wyniesionej z uczelni. Dlatego tak ważne są obiektywne możliwości weryfikacji jakości nauczania. W uczelniach medycznych od niedawna dysponujemy takim narzędziem w postaci wyników Lekarskiego Egzaminu Państwowego, czyli popularnego LEP-u.

Poniżej przedstawiam wyniki LEP-u z września 2008, osobno dla lekarzy i stomatologów.

Na czele rankingu lekarzy są absolwenci Akademii Wrocławskiej z liczbą 152,9 prawidłowych odpowiedzi, dalej idą uczelnie z północy Polski (Szczecin i Gdańsk), a ogon tworzą Lublin, Białystok i Łódź. Najlepszy wynik w Polsce absolwenta z Wrocławia wyniósł 183 punkty, a absolwenci z Łodzi udzielili aż 15 prawidłowych odpowiedzi mniej niż ich koledzy ze stolicy Dolnego Śląska. Co ciekawe, raczej słabo wypadły renomowane uczelnie z Warszawy (6 miejsce) i Krakowa (7 lokata). Liczba osób, które nie zdały egzaminu nie jest duża, ale tylko absolwenci z Gdańska w komplecie zaliczyli egzamin.

Skupmy się jednak na wynikach naszych absolwentów, ósma lokata nie przynosi nam chluby, a 9 poprawnych odpowiedzi mniej niż liderzy musi niepokoić.

I refleksja, na czele rankingu są trzy AKADEMIE MEDYCZNE! Nie uniwersytety medyczne, a pierwszy uniwersytet medyczny w Polsce zamyka listę. Jak widać, przynajmniej w zakresie dydaktyki, sama zmiana nazwy nie jest jak dotknięcie czarodziejskiej różdżki…

Nie zapomnijmy o młodych stomatologach. Tu ponownie bryluje Wrocław, na drugie miejsce wdarł się Poznań, dalej są Szczecin i Gdańsk, a nasi absolwenci byli najsłabsi.

To już jest powód do alarmu, podjęcie szybkich działań jest absolutnie konieczne, choć efekty można będzie poznać dopiero za parę lat.

Bez aktywnego i dobrowolnego udziału całego środowiska stomatologicznego w procesie wprowadzania koniecznych zmian jakiekolwiek pomysły naprawcze nie mają żadnych szans.

Warunkiem niezbędnym dla rozpoczęcia procesu reform w zakresie dydaktyki w skali całej uczelni jest przeprowadzenie nieskrępowanej, otwartej, publicznej dyskusji z udziałem całego środowiska akademickiego (w tym studentów) prowadzącej do ujawnienia przyczyn tak złych wyników.

Bez postawienia precyzyjnej diagnozy i zaproszenia każdego z nas do współpracy nie ma szans na postęp.



Wydziały lekarskie
1.Wrocław152,9
2. Szczecin 149,6
3. Gdańsk 148,3
4. Poznań 146,6
5. Bydgoszcz 145,3
6. Warszawa 144,9
7. Kraków 144,8
8. Katowice 144
9. Lublin 141,9
10. Białystok 138
11. Łódź 137,2


Stomatologia
1.Wrocław143
2. Poznań 137,5
3. Gdańsk 136,9
4. Szczecin 136,5
5. Warszawa 134,9
6. Kraków 132,8
7. Łódź 131,6
8. Lublin 129,1
9. Białystok 128,4
10. Katowice 128,2


Warto też dokonać sumarycznej analizy łącząc wyniki lekarzy i stomatologów. Nie da się tu ująć uczelni w Bydgoszczy, w której nie ma stomatologii. Dodając pozycje porządkowe z obu tabel otrzymujemy następującą klasyfikację:
1.Wrocław2
2. Szczecin 5
3/4. Gdańsk 6
3/4. Poznań 6
5. Warszawa 11
6. Kraków 13
7. Lublin 17
8/9. Łódź 18
8/9. Katowice 18
10. Białystok 19


Mamy samotnego lidera (Wrocław), dobre uczelnie ze Szczecina, Gdańska i Poznania, średniaków z stolicy i byłej stolicy oraz czterech outsiderów, wśród nich niestety jest także nasza uczelnia.

Podaję zainteresowanym stronę, gdzie można znaleźć pełne dane: www.cem.edu.pl

poniedziałek, 20 października 2008

Moje zrozumienie istoty pojęcia „akademickość” opiera się na fundamentach wypracowywanych przez wieki i całe pokolenia. W Polsce chyba najlepiej zasady życia uniwersyteckiego opisuje Kodeks Dobre Praktyki w Szkołach Wyższych. Z tego powodu wielokrotnie w moim blogu odwoływałem się do jego fragmentów (patrz teksty z 19 lutego, 18 marca, 12 kwietnia, 19 września i 1 października).

Tego typu dokument nie może oczywiście w pełni regulować wszystkich kwestii szczegółowych, pozostają one do rozstrzygnięcia w oparciu o duch i etos środowisk akademickich. Niemniej czasem możemy natrafić na potrzebę sprecyzowania pewnych fundamentalnych zasad. Poniżej przytaczam in extenso uchwałę Senatu Akademii Medycznej w Poznaniu, która jest przykładem tego typu regulacji.



Z pewnością istnieją także inne obszary działalności uczelni, które wymagają analogicznych ustaleń.

Nie posiadam wiedzy czy w innych polskich uczelniach przyjęto podobne uchwały.

Jak takie problemy rozwiązują renomowane uniwersytety zagraniczne?

Czekam na komentarze w tej kwestii.

poniedziałek, 13 października 2008

Życie dopisało dziś dalszy scenariusz w sprawie profesora Wolszczana (patrz blog z 19 września 2008). Przed paroma dniami był on jednym z kandydatów do Nobla, a dziś dotarła do nas wiadomość, że przestał on być pracownikiem Uniwersytetu w Toruniu. Koło się zamknęło, były Tajny Współpracownik komunistycznej służby bezpieczeństwa został w… USA.

Szkoda, że w naszym kraju dopiero tak spektakularne wydarzenia sprawiają, że wreszcie dokonują się oczywiste kroki wobec uczestników życia publicznego.

Ale lepiej późno niż wcale…

Samorząd lekarski działał w okresie II Rzeczypospolitej. Odgrywał wtedy istotną rolę w życiu polskiego środowiska medycznego. Po wojnie, gdy nastało panowanie „najlepszego systemu sprawiedliwości społecznej” nie był już potrzebny. Przez kilkadziesiąt lat byliśmy pozbawieni samorządu lekarskiego i dopiero rok 1989 umożliwił powrót do dobrej tradycji.

Niebawem minie 20 lat od reaktywacji samorządu lekarskiego, co wydaje mi się znakomitym pretekstem do podjęcia szerokiej dyskusji na temat jego działania.

Dla mnie, lekarza z 26-cio letnim stażem, a od 1994 roku pracownika naukowo-dydaktycznego uczelni sprawa ważna podwójnie. Patrzę jako lekarz i naukowiec jednocześnie.

Styk uczelni i samorządu lekarskiego to bodaj najważniejszy obszar dla prawidłowego funkcjonowania całego środowiska lekarskiego. Mimo, iż nie zawsze interesy i priorytety są tożsame, to dla dobra wspólnego współdziałanie jest niezbędne.

Postawmy parę ważnych pytań:

  • Czy pracownicy Śląskiego Uniwersytetu Medycznego aktywnie pracują w Izbie Lekarskiej?

  • Czy znajdują się w jej kierownictwie?

  • Czy istnieją stałe, robocze kontakty na linii uczelnia – Izba?

  • Jakie są najważniejsze sprawy do rozwiązania na linii Izba – Uczelnia?

poniedziałek, 6 października 2008

W polskim środowisku medycznym jest kilka kluczowych środowisk opiniotwórczych i decyzyjnych. Zaliczyć do nich należy samorząd lekarski, NFZ oraz uczelnie medyczne. Istotną rolę odgrywają także organy administracji państwowej i samorządu terytorialnego.

Od harmonijnej współpracy wielu ludzi i różnych instytucji zależy kształt całego sytemu opieki zdrowotnej.

Immanentną częścią rozwoju zawodowego lekarzy jest szkolenie. Niezwykle szybki postęp dokonujący się na naszych oczach zmusza do ciągłego uczenia się. W celu zmobilizowania lekarzy do jeszcze większego zaangażowania w tym zakresie przed paru laty wprowadzono system zdobywania punktów edukacyjnych. Niebawem zbliża się pierwszy okres rozliczeń.

Skłania to do podjęcia dyskusji dotyczącej całego systemu szkolenia podyplomowego.

  • Jaka powinna być rola Izby Lekarskiej, czy ma być „egzekutorem” wymagań czy też powinna raczej być animatorem szkoleń i kursów?
  • Jakie jest miejsce środowisk naukowych miejscowej uczelni medycznej?
  • Czy konsultanci wojewódzcy z danej dziedziny medycyny powinni się angażować w system szkoleń?
  • Jaka jest rola towarzystw naukowych?
  • Czy koszty szkolenia powinni pokrywać sami lekarze bądź też należy wypracować inny system np. obciążając częściowo pracodawcę.


Pytania można mnożyć, kieruję je do śląskiego środowiska medycznego, czekam na szeroką dyskusję dotyczącą tych niezwykle ważnych zagadnień.

środa, 1 października 2008

Dziś miało miejsce pierwsze posiedzenie Senatu naszej uczelni bieżącej kadencji. Pośród wielu spraw przedmiotem obrad był także wybór Komisji Senackich.

W ostatnich trzech latach byłem członkiem Senackiej Komisji Nauki. Przed około dwoma tygodniami otrzymałem propozycję dalszej pracy w tej komisji na co wyraziłem zgodę. Pełny proponowany skład komisji, łącznie z kandydaturą na Przewodniczącego został członkom Senatu przedstawiony na dzisiejszym posiedzeniu.

Zaproponowano Pana Prof. dr hab. n. med. Michała Tenderę, jako kandydata na Przewodniczącego tejże Komisji.

W krótkim wystąpieniu zwróciłem się do JM Rektor Prof. dr hab. n. med. Ewy Małeckiej-Tendery z prośbą o wycofanie tej kandydatury. Jednocześnie podkreśliłem, że Prof. dr hab. n. med. Michał Tendera, naukowiec o wybitnych osiągnięciach oraz znaczącej pozycji w polskiej i światowej nauce powinien zostać członkiem Komisji Nauki, ale nie w charakterze Przewodniczącego.

Trudno jest zaakceptować pełnienie tej funkcji przez Prof. dr hab. n. med. Michała Tenderę z powodu powiązań rodzinnych.

JM Rektor Prof. dr hab. n. med. Ewa Małecka - Tendera nie zmieniła zdania wobec czego wycofałem swą zgodę na kandydowanie na członka komisji.

Decyzja ta jest pochodną mojego zrozumienia pojęć: „akademickość”, „akademicki”.

Najlepiej ujmuje to przytoczony poniżej fragment Kodeksu DOBRE PRAKTYKI W SZKOŁACH WYŻSZYCH uchwalony przez Zgromadzenie Plenarne Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich 26 kwietnia 2007 roku.

„Uczelnie należą do tych instytucji, których prestiż społeczny i efektywność pracy w znacznej mierze zależą od panującego w nich etosu. Etos ten nie sprowadza się do postulatu respektowania prawa i norm zawartych w statutach poszczególnych uczelni… spoiwem formalnych i nieformalnych zaleceń oraz zasad, regulujących kwestie o istotnym znaczeniu dla kształtowania i utrzymania etosu, są dobre obyczaje w nauce, odzwierciedlające wielowiekowe tradycje życia akademickiego”

poniedziałek, 29 września 2008

Dziękuję za interesujący komentarz do dzisiejszego tekstu oraz zwrócenie uwagi na błąd w adresach strony internetowej. Podaję prawidłowe nazwy strony:

www.portier.ocom.pl
www.portier.pl.tl

Ludzie decydują o znaczeniu każdej instytucji, to stwierdzenie jest oczywiste dla uważnego obserwatora rzeczywistości. Bez ich autentycznego zaangażowania trudno oczekiwać by zarząd czy inny organ kierowniczy był w stanie uzyskiwać sukcesy na miarę oczekiwań.

Uniwersytety w tej mierze niczym nie różnią się od innych organizmów, także tu człowiek jest najważniejszym ogniwem. Patrząc na uczelnie najważniejsi, najbardziej wpływający na wizerunek i szanse rozwojowe wydają się być pracownicy naukowi, profesorowie, adiunkci, asystenci. W uczelni medycznej znaczącą rolę odgrywają także lekarze, ich kompetencje i postawa jest immanentną częścią sukcesu uczelni i odbioru społecznego uczelni jako całości. Nie zapominajmy także o studentach, oni także współtworzą wizerunek uczelni i od ich postawy, ba, nawet ubioru także zależy postrzeganie uczelni. Kogo jeszcze należy wymienić? Są przecież osoby pracujące w administracji, pracownicy techniczni, pielęgniarki, salowe.

Każdy z nich wnosi malutką cegiełkę w efekt pracy całej Uczelni.

Tylko czy na pewno wymieniłem wszystkie grupy zawodowe?

Brak tu jest licznej grupy pracowników: portierów.

Ktoś powie: a co oni wnoszą do uczelni, to tylko peryferyjna służba porządkowa. Z pewnością znaczenie tej grupy nie sprowadza się tylko do chronienia mienia. Kogo spotkamy wchodząc do jakiegokolwiek budynku uczelni? Od portiera, jego kultury osobistej, zachowania, języka oraz wiedzy na temat uczelni zależy pierwsze wrażenie osoby z zewnątrz. Ta grupa zawodowa w naszej uczelni zasługuje na szczególną uwagę.

Dlaczego o tym piszę? Portierzy stanowią dziś bodaj najlepiej zorganizowaną grupę zawodową w SUM. Wydają własny miesięcznik, mają stronę internetową (podaję ją na końcu tekstu). Dlaczego tak działają, co spowodowało taką konsolidację tej grupy? Wszystko zaczęło się w 2006 roku, gdy władze SUM ogłosiły przetarg na ochronę uczelni. Wtedy rozpoczął się proces, który doprowadził do przejęcia od 1 maja 2007 tych funkcji przez firmę Solid Security. Na początku tego procesu pracownicy uczelni usiłowali stworzyć spółkę pracowniczą, ale nic z tego nie wyszło. Trudno dziś przesądzać czy, gdyby ta inicjatywa się powiodła, ochrona byłaby lepsza. Jedno wydaje się jednak oczywiste, gdy traktuje się pracownika jako partnera, dając mu szeroki zakres kompetencji, ale i składając na jego barki dużą odpowiedzialność, jego identyfikacja z instytucją macierzystą wzrasta. Pracuje on wtedy i dla siebie, i dla swojej „firmy”. Wątpię by była możliwa taka sytuacja w przypadku zewnętrznego podmiotu.

Podaję strony internetowe: www.portier.ocom.pl oraz www.portier.pl.tl

poniedziałek, 22 września 2008

W połowie sierpnia 2006 roku dotarła do nas przerażająca wiadomość o tragicznym wypadku naszego kolegi doktora Adama Ziółkowskiego, adiunkta Katedry i Zakładu Patomorfologii w Zabrzu. Pełnił on wtedy dyżur w zabrzańskim pogotowiu, wyjechał na wezwanie i podczas zaopatrywania pacjenta (pijanego mężczyzny) na karetkę wjechał Polonez prowadzony przez nietrzeźwego kierowcę. Urazów doznali pracownicy pogotowia, a najbardziej poszkodowany został dr Ziółkowski. Z licznymi obrażeniami, w tym co najgorsze, rozległymi urazami głowy, nieprzytomny natychmiast trafił do szpitala. Jego życie wisiało dosłownie na włosku, przeszedł szereg operacji, wiele osób z niepokojem czekało na wieści o jego życiu i zdrowiu. Po dłuższym czasie odzyskał przytomność. Potem przyszły długie miesiące i lata kolejnych hospitalizacji, ponownych operacji oraz rehabilitacja.

Casus dr Ziółkowskiego stał się głośny w całej Polsce, pijany kierowca, nie posiadający nawet prawa jazdy chciał zniszczyć życie wspaniałego lekarza i naukowca. Adam był zawsze pełen pomysłów, kończył pisać pracę habilitacyjną, był dobrym duchem w swym miejscu pracy.

Piszę w czasie przeszłym „był”, ale dziś mogę napisać „jest”.

Adam Ziółkowski znowu jest wśród nas, 1 września 2008, po dwóch latach wrócił do pracy!

Nie było by tego sukcesu gdyby nie pomoc całej rzeszy ludzi. Organizowano zbiórki pieniędzy, koncerty, aukcje, pomogła nawet Polonia Australijska. Dziesiątki lekarzy, rehabilitantów i pielęgniarek przyczyniło się do powrotu Adama w nasze grono.

Ale nie byłoby to możliwe gdyby on sam nie podjął heroicznego trudu by przez ból i cierpienie walczyć o powrót do życia.

Witamy Cię serdecznie!

piątek, 19 września 2008

Życie dostarcza ciągle nowych tematów, czasem są one tak ważne, że trzeba odnieść się do bieżących wydarzeń jak najszybciej.

Dla środowisk naukowych takim wydarzeniem były informacje o przeszłości jednego z luminarzy polskiej nauki, profesorze Wolszczanie.

Jak pięknie byłoby pisać o sukcesach tego naukowca, gdyby tak dostał Nobla…

Ale życie napisało inny scenariusz, smutny, posępny…taka postać, wzór dla wielu młodych naukowców okazał się być wieloletnim współpracownikiem komunistycznej służby bezpieczeństwa…

Tylko czy to życie napisało taki scenariusz? Nie, to sam niechlubny bohater go napisał…

Postawmy parę pytań:

Czy w imię nauki można sprzeniewierzyć się wszelkim zasadom?

Czy istnieje pojęcie etosu nauki i naukowców?

Czy można być rzetelnym naukowcem i równocześnie donosicielem?

Czy osoba z taką ciemną przeszłością może być pedagogiem?

Czy chciałbyś by współpracownik SB uczył twoje dzieci?


Kodeks DOBRE PRAKTYKI W SZKOŁACH WYŻSZYCH

Opracowany przez Fundację Rektorów Polskich i uchwalony przez Zgromadzenie Plenarne Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Wyższych 26 kwietnia 2007 roku

W Preambule czytamy:

„Podstawową wartością etosu akademickiego jest prawda. Uczelnie powołane są po to, by jej rzetelnie poszukiwać, a wyniki tych poszukiwań dokumentować (cele badawcze), kształcić młode pokolenie w metodycznym jej poznawaniu, wspomagać jego rozwój intelektualny i moralny, a także przygotowywać przyszłych absolwentów do odpowiedzialnego pełnienia funkcji publicznych i zawodowych w demokratycznym państwie…”

Jak odnieść informacje o profesorze Wolszczanie do tych zasad?

I wracając na nasze własne uczelniane podwórko, czy znamy własną przeszłość w poruszanym kontekście?

Czy nie mamy prawda do poznania prawdy, bez retuszu?

Chciałoby się wierzyć, że tylko w innych uczelniach panoszyli się tajni współpracownicy (TW), ale logika nie pozwala na wiary w cuda…

Na mnie i wielu moich kolegów też ktoś donosił, nie znam nazwisk tych osób, a szkoda bo mogą nadal być wśród nas….

poniedziałek, 15 września 2008

Co decyduje o pozycji uczelni o charakterze uniwersyteckim? Dlaczego jedne szkoły wyższe plasują się w czołówce rankingów, a inne wloką się w ogonach? Trudno jest porównywać uczelnie o różnych profilach, ale jest jedna płaszczyzna wspólna.

Tym wspólnym mianownikiem jest NAUKA.

To wyniki badań naukowych stanowią bodaj najważniejszy czynnik wpływający na znaczenie uczelni. Z pewnością nauka polska nie znajduje się obecnie w czołówce światowej czy europejskiej, zatem skupmy się na porównaniach krajowych.

Dlaczego jedne uczelnie mają lepsze wyniki, a inne gorsze? Sądzę, że najważniejszym ogniwem są ludzie; to od aktywności, pasji, zdolności i konsekwencji jednostek zależy postęp na każdej płaszczyźnie. Badania naukowe zwykle prowadzą zespoły ludzi, a na ich czele są naturalni liderzy. Zatem rolę czynnika „ludzkiego” mamy ustaloną, co jeszcze ma znaczenie w pracy naukowej?

Pieniądze, środki finansowe, granty...

Nigdy, nigdzie na świecie nie jest ich dosyć, zawsze ktoś chce więcej, wszędzie ma miejsce rywalizacja o ograniczone finanse. W Polsce jedną z możliwości prowadzenia badań jest uzyskanie środków będących w dyspozycji Ministerstwa Nauki (dawniej KBN). Setki uczelni i instytutów badawczych dwa razy w roku mają możliwość zgłaszania swych projektów, toczy się gra o przyszłość naukową instytucji i poszczególnych naukowców. Jak w tej ostrej rywalizacji wypada nasza uczelnia? Czy potrafimy sprostać rosnącym wymaganiom współczesności? Czy jesteśmy innowacyjni, sprawni, pomysłowi, konsekwentni?

Na stronie internetowej Uczelni znajdujemy dane dotyczące naszych starań w tym zakresie, są tam informacje np. o liczbie składanych wniosków. Niestety, ostatnie dane pochodzą z lutego 2006.

Oznacza to, że znane są wyniki konkursu w lata 2005, a wyniki z 5 (pięciu) kolejnych konkursów nie zostały pokazane (po dwóch z 2006 i 2007 oraz jednego z 2008)

Dlaczego te dane nie są dostępne?

Nie znam odpowiedzi na te pytania.

Może ktoś z pracowników SUM ma wiedzę w tej mierze, czekam na komentarze!

poniedziałek, 8 września 2008

Odkąd założyłem pod koniec czerwca licznik mam dostęp do różnorodnych informacji dotyczących bloga.

Sądzę, że okrągła liczba 1000 wejść to dobry powód by podać parę danych.

W czerwcu liczba ta wyniosła 96, w lipcu 363, sierpniu 121, a do 7 września 414. Rekord padł 3 września (200), ale w czasie wakacji były dni gdy nikt nie odwiedzał bloga.

Najwięcej użytkowników pracuje w SK-1 w Zabrzu (67 osób).

Spośród miast Śląska najwięcej osób było z Gliwic (221) i Katowic (166). Co zaskakujące, użytkownicy pochodzą z wszystkich województw (poza zachodniopomorskim i mazursko-warmińskim); w stolicy liczba wejść wyniosła 36, we Wrocławiu 27.

Odwiedzający wchodzili na blog także poza granicami kraju z Wielkiej Brytanii, Australii, Węgier, Włoch, Niemiec, Malezji, Czech, Kanady, Chile i Irlandii!

czwartek, 4 września 2008

Wydział Lekarski w Zabrzu od lat boryka się z trudnościami lokalowymi. Najpierw omamienie wizją „szklanych domów” w postaci Akademickiego Centrum Medycznego spowodowało zaniechanie wszelkich znaczących inwestycji w jedynym, dużym szpitalu klinicznym (SK-1). Potem doszło do przejęcia w ramy organizacyjne SK-1 szpitala miejskiego w Zabrzu przy ulicy Wyciska, gdzie miały zacząć działać kliniki Uczelni. Nic z tego nie wyszło, a jedynym efektem było zwiększenie się długów SK-1. Sytuację pogorszyło paradoksalnie wejście Polski do Unii Europejskiej, gdyż wymogi stawiane szpitalom będą znacznie wyższe niż dotąd.

Popatrzmy także na sytuację klinik Wydziału; w ostatnich latach zlikwidowano Klinikę Neurochirurgii, Klinika Okulistyki została przeniesiona do Sosnowca, a Klinika Chirurgii Szczękowo-twarzowej do Katowic. Do tego dochodzą informacje prasowe o problemach z Kliniką Ginekologii.

W celu uzyskania informacji jak wygląda sytuacja Kliniki Ginekologii z punktu widzenia władz miasta Zabrze przeprowadziłem wywiad z Radnym dr med. Mariuszem Wójtowiczem, specjalistą ginekologiem.

Pytanie: Jak wygląda sytuacja z Kliniką Ginekologii w Zabrzu, słyszeliśmy od dawna, że na bazie szpitala miejskiego powstanie oddział kliniczny, a tu dochodzą hiobowe informacje, że nic tego nie wyjdzie.

Odpowiedź: Wiosną br. na podstawie wstępnego porozumienia między władzami miasta i władzami SUM miał powstać na bazie szpitala miejskiego oddział kliniczny. Pomimo dobrej woli władz miasta propozycje złożone przez władze SUM były nie do zaakceptowania przez komisję ds. zmian w lecznictwie zamkniętym powołanym przez Prezydenta Zabrza Małgorzatę Mańkę-Szulik. Władze uczelni wyobrażały sobie, że wszelkie prace remontowe i adaptacyjne zostaną przeprowadzone na koszt miasta, a wpływ dyrekcji szpitala na zakres działalności medycznej przyszłej jednostki będzie zerowy.

Pyt.: Dlaczego zatem nie uzgodniono szczegółowych zasad współpracy na linii miasto-SUM odpowiednio wcześniej?

Odp.: Było to związane z brakiem woli kompromisu ze strony uczelni i próbą narzucenia swojego punktu widzenia. Trudno tu mówić o partnerstwie.

Pyt.: Czy sprawa jest już definitywnie przegrana, tj. ginekologia akademicka zniknie z mapy Zabrza?

Odp.: Ze względu na podjęte uchwały na nadzwyczajnej sierpniowej sesji Rady Miasta dotyczącej m. in. współpracy miasta z uniwersytetem wydaje się, ze tak.

Pyt.: Czy te decyzje wpłyną na poziom opieki na mieszkanki Zabrza?

Odp.: Chyba tak, aczkolwiek dzięki dużemu wysiłkowi zespołu oddziału szpitala miejskiego na ulicy Janika wszystkie potrzebujące pacjentki mają opiekę zapewnioną.

Pyt.: A co z szpitalem na Wyciska?

Odp.: Największym grzechem jest grzech zaniechania i niepodjęcie przez SUM w odpowiednim czasie prac adaptacyjno-remontowych jest błędem nie do naprawienia i per analogiam przypomina sprawę ACM.

Pyt.: Czy zatem władze SUM oddadzą miastu szpital na Wyciska?

Odp.: Sprawa jest skomplikowana, ale przy dobrej woli SUM możliwa do rozwiązania poprzez zwrot tego obiektu, a tym samym umożliwienie przystosowania budynku do udzielania świadczeń medycznych mieszkańcom Zabrza.

To punkt widzenia Radnego. Pewnie władze Uczelni mają inny pogląd, ale najważniejszy jest efekt końcowy, czyli zmniejszenie bazy działania uniwersytetu.

SK-1 daleki jest od stanu optymalnego (mimo prowadzenia pewnych działań), szpital na Wyciska niszczeje i czeka kolejny rok na remont, liczba jednostek wydziału zmniejsza się, Rokitnica czeka na rewitalizację. trudno o optymizm, chyba, że urzędowy...

poniedziałek, 1 września 2008

Blog powstał jako reakcja na działania podjęte wobec mnie w lutym br.. Przypomnę, że wtedy na specjalnym posiedzeniu zebrały się Senackie Komisje Nauki, Rozwoju Kadry Naukowo-Dydaktycznej oraz Rozwoju Uczelni by wesprzeć JM Rektor, która zamierzała skierować wniosek do Rzecznika Dyscyplinarnego SUM o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego (patrz pierwszy wpis na blogu).

Przypomnę, że w styczniu br. uzyskałem w tajnym głosowaniu Rady Wydziału Lekarskiego z Oddziałem Lekarsko-Dentystycznym poparcie 78% głosujących, jako kandydat w nadchodzących wyborach rektorskich w naszej Uczelni.

Wniosek JM Rektor został skierowany do Rzecznika Dyscyplinarnego (patrz blog 24 marca br.), co uruchomiło odpowiednie procedury prawne. Otrzymałem dokumenty od Rzecznika Dyscyplinarnego formułujące zarzuty wobec mnie, do których ustosunkowałem się w obszernej odpowiedzi. Rzecznik w takich przypadkach może odstąpić od postępowania (gdy nie widzi jego zasadności) lub skierować wniosek do Komisji Dyscyplinarnej.

Rzecznik Dyscyplinarny ds. Nauczycieli Akademickich SUM Prof. dr hab. n. med. Eugeniusz Kucharz złożył wniosek o ukaranie mnie karą upomnienia.

10 lipca br. odbyło się posiedzenie Komisji Dyscyplinarnej SUM w mojej sprawie.

Na posiedzeniu niejawnym, bez mojej obecności, Komisja Dyscyplinarna postanowiła jednogłośnie, na podstawie § 1 ust. 1 pkt. 1 Rozporządzenia Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego z dnia 14 marca 2007 r. w sprawie szczegółowego trybu postępowania wyjaśniającego i dyscyplinarnego wobec nauczycieli akademickich (Dz.U. 2007 r. Nr 58, poz. 391)

Nie wszczynać postępowania dyscyplinarnego

ze względu iż popełniony czyn nie zawierał znamion przewinienia dyscyplinarnego.

poniedziałek, 14 lipca 2008

Mamy wakacje, czas na podsumowania

Od lutego 2008, kiedy zacząłem pisać blog zamieściłem na nim 37 tekstów. Czytelnicy wysłali 78 komentarzy. Trzy komentarze nie zostały opublikowane z powodu treści mogących być uznanych za niewłaściwe.

Wszystkim, którzy odwiedzali blog dziękuję, w szczególności cenne były dla mnie wszystkie komentarze.

Niestety od początku istnienia bloga nie dysponowałem licznikiem wejść, ale od 24 czerwca mam informacje o liczbie osób odwiedzających. Do dziś wyniosła ona 296 (średnio dziennie 17 wejść), czyli mimo okresu letniego wypoczynku sporo osób nadal aktywnie uczestniczy w tej platformie dyskusyjnej i informacyjnej.

Życzę udanych wakacji, od września ponownie zapraszam na blog.

Szpital w Gdańsku

Niedawno pisałem o szpitalu klinicznym, którego budowa ruszyła w czerwcu. Załączam kilka zdjęć, które wykonano w czasie uroczystości wbudowania kamienia węgielnego. Obok Premiera RP Donalda Tuska, Minister Zdrowia Ewy Kopacz widzimy także dr hab. n. med. Piotra Czaudernę, pełnomocnika Rektora uczelni gdańskiej ds. budowy szpitala.

I kilka słów komentarza, budowa tego obiektu stanowi szansę dla uczelni w Gdańsku, a zadłużenie dotąd funkcjonującego szpitala klinicznego nie ma nic wspólnego z tą inwestycją.



sobota, 5 lipca 2008

Opinia prawna w sprawie czasu pracy nauczycieli akademickich

Proszę kliknąć na obrazek, aby powiększyć

poniedziałek, 30 czerwca 2008

Ważne i niestety niepokojące informacje zawiera raport dotyczący wyników ostatniego konkursu Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Z naszej uczelni wpłynęło zaledwie 20 wniosków, a 4 spośród nich uzyskało finansowanie. Należy pamiętać, że automatycznie 30% kwoty z każdego grantu wpływa do kasy uczelni wobec czego taki wynik oznacza także zły sygnał dla finansów SUM.

Dlaczego tak się stało? Co jest powodem naszej słabości? Czy winne jest słabe finansowanie nauki polskiej i nieprawidłowości procedury recenzowania projektów, czy też może wina leży raczej po naszej stronie?

Nim spróbujemy zastanowić się nad powyższymi problemami warto sięgnąć do liczb. Na stronie internetowej SUM znajdujemy dane dotyczące liczby zgłaszanych wniosków o granty z naszej uczelni.

Z bliżej nieznanego mi powodu po roku 2006 zaprzestano na stronie internetowej uczelni brak jest informacji o liczbie składanych wniosków przez pracowników SUM.

Zmuszony jestem zatem korzystać tylko z niepełnych danych. Od XIX konkursu do XXXI z naszej uczelni wypływało od 19 do 57 wniosków. W roku 2006 uzyskaliśmy finansowanie 10 projektów własnych i 8 promotorskich, co na liczbę 57 wniosków dało imponującą skuteczność aplikacyjną.

W przedostatnim konkursie złożyliśmy 36 wniosków, a w ostatnim zaledwie 20!

W konkursie złożono w całej Polski 4000 wniosków.

Żaden wniosek własny nie uzyskał wsparcia finansowego.

Postawmy kilka oczywistych pytań:

  • Dlaczego tak spadła liczba składanych wniosków?
  • Czy w SUM promuje się pracowników naukowych składających wnioski?
  • Co zrobiono by uprościć procedury związane z prowadzeniem grantu?
  • Dlaczego utajniono informacje o liczbie składanych wniosków i wynikach konkursów w ostatnich 2 latach?
  • Jak bieżące dane mają się do wysokiego miejsca naszej uczelni w ostatnich rankingach?
  • Co należy uczynić by odwrócić negatywny trend w aplikacji o środki na badania naukowe finansowane w postaci grantów przez ministerstwo?
  • Czy obserwowany regres nie jest to pokłosiem polityki kadrowej ostatnich lat i braku dopływu do uczelni młodych, prężnych pracowników naturalnie stanowiących motor postępu w każdej instytucji?

sobota, 28 czerwca 2008

W czasie posiedzenia Rady Wydziału w Zabrzu 26 czerwca miała miejsce dyskusja dotycząca kwestii odpłatności za doktoraty. Dyskusja ta pokazała jak dziwne są zasady rządzące polską nauką. Ale po kolei.

Dawniej, przed laty przewody doktorskie nie były obciążane opłatami. Zatem koszt doktoratu pokrywały uczelnie. Nie wiem czy otrzymywały one na ten cel specjalne środki. Jednak nawet gdyby uniwersytety i inne uczelnie wyższe musiały uwzględniać w swych budżetach kwoty na doktoraty to i tak z cała procedura przynosiła uczeniom korzyść. Liczba doktoratów jest uwzględniana w ocenie uczelni przez ministerstwo, a poza tym część doktoratów (większość?) jest później publikowana co także przekłada się na konkretne korzyści finansowe w postaci dotacji budżetowej. Jest także aspekt pozafinansowy; misja szkół wyższych obejmuje także postęp naukowy i nie wszystko można wprost przeliczyć na pieniądze.

Później, chyba w latach dziewięćdziesiątych ktoś wpadł na pomysł by koszt prowadzenia przewodów doktorskich przerzucić na doktorantów (osób pracujących w uczelniach to nie dotyczyło). Kwoty pobierane przez uczelnie różniły się znacznie, ostatnio zbliżały się w niektórych uczelniach do 10.000 zł.

Od lat słychać było protesty w tej sprawie, ale dopiero Minister Barbara Kudrycka zakazała pobierać opłaty, jako niezgodne z prawem (notabene, ciekawe czy znajdą się tacy doktoranci, którzy będą domagać się nieprawnie pobranej opłaty?).

W ten sposób wróciliśmy do stanu sprzed lat, a uczelnie stanęły przed koniecznością wypracowania nowych rozwiązań. Istnieje tu kilka możliwości: pokrywać te koszty z własnych środków, zrezygnować z doktorantów spoza uczelni albo spróbować opłaty przerzucić na inne podmioty. Ostatnią drogę wybrały władze SUM; skoro opłaty nie może wnosić doktorant niech to uczyni jego pracodawca. W końcu to na instytucję zatrudniającą osobę po doktoracie spływa część splendoru. Gorzej gdy doktorant sam jest sam prowadzi działalność np. NZOZ i wtedy płaci sam za siebie.

Czy taka droga jest drogą prawidłową, czy na tym polega misja uczelni? Zrozumiałe są motywy ekonomiczne, ale powyżej wykazałem, że uczelnie korzystają z pracy swych doktorantów. Przykładowo, do dziś pod moim promotorstwem 13 osób uzyskało stopień doktora nauk medycznych. Wszyscy doktoranci (poza jednym ze Studium Doktoranckiego) nie byli pracownikami uczelni i płacili „haracz”. Jaka była korzyść dla uczelni: punkty w ranking ministerialnym za ukończenie przewodów doktorskich oraz 6 prac z Impact Factor, które powstały na bazie prac doktorskich (łączny IF=11,266, punkty ministerialne=116). Parę innych prac złożono w redakcjach i mam nadzieję powiększyć ten dorobek dzięki pracy mych doktorantów.

Ten przykład pokazuje, że doktorat to nie jest tylko balast dla uczelni.

Jest także druga strona medalu, skoro ministerstwo żąda postępu naukowego wyrażanego także liczbą i jakością doktoratów, czy nie powinna być na ten cel przeznaczona jakaś kwota przekazywana uczelniom w postaci dotacji budżetowej? A może ona jest tam zawarta?

wtorek, 24 czerwca 2008

Informacja o zarzucie niegospodarności postawiona przez prokuraturę byłemu Rektorowi naszej uczelni z poprzedniej kadencji jest na pewno bardzo ważna dla społeczności akademickiej SUM. Nie przesądzając oczywiście o końcowym wyniku procedury, trudno nie podnieść dwóch kwestii; odpowiedzialności za działania w życiu publicznym oraz oczekiwania na sprawiedliwą ocenę (i kary, w wypadku udowodnienia winy przed niezawisłym sądem).

My, jako pracownicy SUM borykamy się z różnymi problemami i najpewniej jakaś ich część wiąże się z ludzkimi błędami (nadużyciami?).

Stan nauki polskiej jest opłakany za co ponoszą odpowiedzialność wszystkie rządy od 1989 roku, niemniej dostrzegamy zasadnicze różnice między publicznymi uczelniami w kraju.

Z uwagą będziemy obserwować dalszy tok postępowania w tej sprawie.

wtorek, 17 czerwca 2008

14 czerwca wmurowano kamień węgielny pod budowę Centrum Medycyny Inwazyjnej w Gdańsku. Ten szpital będzie należał do miejscowej akademii medycznej, jego powierzchnia ma liczyć 54.000 metrów kw., a przewidziany termin oddania do użytku to rok 2011.

W uroczystości brali udział, między innymi, Premier Rządu RP Donald Tusk oraz Minister Zdrowia Ewa Kopacz.

Jak widać w tym kraju można jednak coś sensownego robić i pozostaje tylko ubolewać, że to w odległym Gdańsku, a nie w Zabrzu buduje się szpital kliniczny.

Senat naszej uczelni odrzucił propozycję finansowania z budżetu państwa szpitala klinicznego w Zabrzu.

Nam pozostaje tylko zazdrościć innym uczelniom rozmachu i wizji, i borykać się z mizerią materialną wokół…

poniedziałek, 9 czerwca 2008

Dzisiaj w Uniwersytecie Śląskim odbyło się spotkanie z Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Barbarą Kudrycką. Przedmiotem dwugodzinnego spotkania były planowane reformy polskiej nauki i szkolnictwa wyższego. Na wstępie Pani Minister omówiła kilka kierunków zmian, może nie te najważniejsze, ale te budzące najwięcej zastrzeżeń i emocji.

Po pierwsze, sprawa zniesienia habilitacji. Nie chodzi o proste zniesienie tego progu kariery akademickiej, ale raczej o skrócenie kariery akademickiej. Precyzyjne zapisanie warunków uzyskania samodzielności w prowadzeniu pracy naukowej oraz przeprowadzanie tej procedury w innej niż macierzysta uczelnia powinno skutkować zwiększeniem szansy na rozwój i awans młodych naukowców.

Po drugie, uczelnie flagowe. Nie chodzi, jak mówiła Pani Minister, o to by zakończyć finansowanie słabszych uczelni, ale o zwiększenie nakładów na najlepszych. Proces wiodący do wskazania najlepszych ma trwać wiele lat, ale nie będzie on automatycznie dotyczył całych uczelni, ale tylko naprawdę wiodących jej części.

Po trzecie, planowane wsparcie uczelni niepublicznych jest realizacją zapisów ustawowych i nie zagraża uczelniom publicznym.

Usłyszeliśmy także o rychłych podwyżkach.

Po wystąpieniu Pani Minister zaczęła się dyskusja. Padało wiele pytań, parę przytoczę.

Rektor - Elekt Uniwersytetu Śląskiego zapytał, jak mają być wykorzystane planowane środki w wysokości 0,158% PKB rocznie (taki ma być roczny wzrost nakładów na naukę i szkolnictwo wyższe). Odpowiedź nie była jasna; po pierwsze, nie wiadomo, jak podzielone zostaną te środki między naukę i szkolnictwo, a po drugie i tak nie osiągniemy w tym tempie planowanego wzrostu nakładów do poziomu 2%, uznawanego w Europie za minimum.

Udało się Panią Minister „przycisnąć” i uzyskać informacje o kwotach na bieżące podwyżki płac. Ta kwota to… 140 zł na etat! Jeden z rozmówców zwrócił uwagę, że ta kwota nawet nie pokrywa inflacji i nie można w ogóle mówić o podwyżce.

To był pierwszy zgrzyt pokazujący, że szumne zapowiedzi o dwóch miliardach (!) rocznie wzrostu nakładów w następnych pięciu latach mogą się okazać kolejną obietnicą bez pokrycia.

Także ostatni dyskutant, członek „Solidarności” w krótkiej wypowiedzi powątpiewał czy ambitne plany reform są naprawdę możliwe do realizacji. Był to ważny głos, gdyż rozmówca brał udział w negocjacjach w ministerstwie i był znakomicie zorientowany w sprawie.

Udało mi się zabrać głos i zapytałem Panią Minister, jak można zrealizować zamierzenia w sytuacji, gdy potrzebujemy lat, a scena polityczna ciągle się zmienia. Podkreśliłem konieczność uzyskania zgody ponad bieżącymi podziałami politycznymi, jako warunku powodzenia długofalowych zamierzeń. Uzyskałem odpowiedź, że należy głosować na …PO. Czy to jest poważna odpowiedź Ministra RP?! Bez uzyskania poparcia środowisk akademickich nic nie da się zrobić, ale na końcu i tak o wszystkim zadecyduje klasa polityczna, i bez prawdziwego, nie tylko koniunkturalnego porozumienia nic się nie uda!

niedziela, 8 czerwca 2008

Problemy nauki pewnie jeszcze nieraz będą przedmiotem naszej uwagi. W końcu nauka, obok dydaktyki, to podstawowy obszar działania uczelni. Nauka stanowi o prestiżu uniwersytetów; o czym piszą gazety (pomijając afery, oczywiście!), czy interesują czytelników mozolne postępy w zakresie dydaktyki czy cytują wyniki badań zawarte w najciekawszych artykułach światowych czasopism naukowych? Zatem nauka to motor rozwoju uczelni, a każda licząca się szkoła wyższa chlubi się swymi osiągnięciami w tym zakresie. Jak powszechnie wiadomo, prowadzenie badań wymaga spełnienia paru warunków: trzeba mieć pomysł, należy umieć ten pomysł przekuć na dobry projekt badawczy i na końcu trzeba otrzymać środki na jego finansowanie. I tu zaczynają się „schody”. By przekonać recenzentów projektu trzeba posiąść umiejętność atrakcyjnego zaprezentowania planu badawczego. Można sobie wyobrazić, że naprawdę dobra idea przepadnie, a słabszy program badawczy perfekcyjnie przestawiony otrzyma wsparcie finansowe.

Piszę o tym w kontekście niedawnych informacji o odrzuceniu WSZYSTKICH projektów młodych polskich naukowców (do 9 lat od doktoratu) przez Europejską Radę ds. Badań Naukowych, która miała do podziału aż 335 mln Euro. Złożyliśmy 210 projektów, a UW i UJ wysłały na konkurs po 21 wniosków.

Nie jest mi znana liczba wniosków złożonych przez pracowników SUM.

Trudno jest bez posiadania wszechstronnej wiedzy orzec dlaczego odrzucono wszystkie polskie projekty (poza trzema realizowanymi w uczelniach zachodnich) i chyba teza, że polscy młodzi naukowcy nie mają dobrych pomysłów jest fałszywa. Ale z pewnością taki wynik musi niepokoić, pokazuje bowiem w sposób drastyczny jak wysoką cenę płacimy za brak reformy systemu nauki polskiej. Dziś nauka to skomplikowany system, w ramach którego toczy się ostra konkurencja. Słabi nie mają szans, co więcej, silni wzmacniają swą pozycję, a pozostali coraz bardziej oddalają się od czołówki europejskiej i światowej.

Nie jest za „pięć dwunasta”, jest „pięć po dwunastej”!

Pozostaje mieć nadzieję, że reformy planowane przez Minister Kudrycką będą początkiem rzeczywistych zmian.

Tylko czy na pewno polskie środowisko naukowe czeka na prawdziwy przełom?!

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Dość długo nie zamieszczałem nowych tekstów, ale uczestniczyłem w ostatnim okresie w ważnym kongresie międzynarodowym. 35th European Symposium on Calcified Tissues odbyło się w Barcelonie w dniach 24-28 maja 2008. Te spotkania mają długą tradycję i są okazją do wymiany poglądów na bardzo szerokiej płaszczyźnie, poczynając od badań podstawowych, a kończąc na studiach klinicznych. Trudno było by omawiać te specjalistyczne zagadnienia, ale na kanwie tego pobytu chciałbym podzielić się spostrzeżeniami o bardziej uniwersalnym charakterze. Sądzę, że warto zastanawiać się nad pozycją nauki polskiej w świecie, a najlepiej odnieść się do konkretnych wydarzeń. Mając do czynienia z badaczami z wielu dziedzin nauki można pokusić się o ocenę pozycji nauki polskiej. Czas do takiej dyskusji jest jak najbardziej właściwy w kontekście zbliżającej się reformy polskiego systemu nauki i edukacji.

W czasie sympozjum przedstawiono kilkadziesiąt wykładów plenarnych, a ponad 600 prezentacji miało charakter plakatu. Niestety, żaden z polskich autorów nie dostąpił zaszczytu wygłoszenia wykładu. Wśród zgłoszonych posterów doliczyłem się 13 polskich prac co daje około dwuprocentowy udział (6 prac pochodziło z naszej uczelni). Żaden Polak nie przewodniczył sesji, nie mówiąc już o zaproszeniu do prowadzenia spotkań „meet the professor”. Innym wyrazem naszego małego udziału w sympozjum była bardzo mała liczba osób biorących udział w dyskusjach po wykładach.

Można zastanawiać się, z czym wiąże się nasza słaba pozycja, wśród potencjalnych przyczyn można wymienić: niski poziom finansowania badań naukowych, słaba znajomość języka, nieumiejętność prowadzenia otwartej dyskusji lub brak na konferencji osób z Polski, które prowadzą badania z tej dziedziny. Sama diagnoza oparta tylko na opisie rzeczywistości to za mało, musimy aktywnie szukać dróg wyjścia z impasu, bo świat ucieka nam w zastraszającym tempie.

A może nasze narodowe cechy (niezgoda rujnuje, zgoda buduje…) tłumaczą niską pozycję nauki polskiej?

Wielu z nas uczestniczy w międzynarodowych konferencjach i posiada swe własne spostrzeżenia. Zachęcam do dyskusji i wyrażenia swych poglądów na temat miejsca w świecie nauki polskiej.

poniedziałek, 19 maja 2008

Gdy 15 maja pisałem parę zdań o niedawnych wyborach w naszej uczelni byłem przekonany, że więcej te wydarzenia nie będą przedmiotem mego zainteresowania, a co najwyżej komentarze mogą podtrzymać temat.

Okazało się jednak, że życie jest najlepszym reżyserem!

Wybory w naszym uniwersytecie ciągle zmuszają do zastanowienia i refleksji.

Ale po kolei; 12 maja wybieraliśmy Senatorów z grona doktorów habilitowanych, wg mojej wiedzy w czterech wydziałach zakończyły się one bezproblemowym wyborem nowych członków Senatu kadencji 2008-2012, natomiast wybory w Radzie Wydziału Lekarskiego w Katowicach zostały skomplikowane wątpliwościami natury proceduralnej. Na posiedzeniu wyborczym ogłoszono wyniki, później (tego samego dnia) głosy jeszcze raz przeliczone, a ostateczny wynik podano później.

Errare humanum est, ale problem polega na tym, że kolejne etapy wyłaniały częściowo inny skład Senatu! Nie zajmuję oczywiście stanowiska, kto powinien znaleźć się w Senacie, ale trudno zaakceptować taką realizację idei wolnych wyborów. Należy bardzo dbać o prawidłowość procedur wyborczych, a takie zamieszanie nie wspiera dobrego wizerunku uczelni i podważa wiarygodność wyborów.

Uważam, że na stronie internetowej uczelni powinna zostać zamieszczona informacja o całej sprawie łącznie z podaniem liczby głosów, jaka została oddana na poszczególnych kandydatów.

czwartek, 15 maja 2008

W bieżącym tygodniu dokonał się ostatni, tegoroczny akt wyborczy na naszej uczelni, wybraliśmy władze dziekańskie oraz przedstawicieli do Senatu z grona doktorów habilitowanych i profesorów. Wybory miały nawet większe znaczenie niż dawniej, gdyż przyszła kadencja będzie o rok dłuższa niż aktualna.

Które z wyborów były ważniejsze, wybór Dziekanów czy wyłonienie członków Senatu? Trudno jest wagę tych decyzji wyborczych porównywać, bo inna jest rola organów jednoosobowych i kolegialnych niemniej przebieg wyborów skłania do pewnych refleksji. Nim podzielę się moimi obserwacjami warto zastanowić się, kto bardziej wpływa na oblicze uczelni: Dziekani czy Senat? Z pewnością Senat jest bardzo ważnym, opiniotwórczym gremium, ale posiedzenia Senatu odbywają się tylko raz w miesiącu. Zatem trudno przypisywać temu organowi uniwersytetu zbyt duże znaczenie z punktu widzenia bieżącej sytuacji. Senat to raczej miejsce podsumowywania działań bieżących, a także forum kreowania kierunków rozwoju uczelni jako całości. Uczelnie stanowią dynamiczne organizmy, a bieżącymi sprawami kierują władze dziekańskie. Znaczenie Dziekana zostało w ustawie regulującej funkcjonowanie uczelni wzmocnione i to właśnie Dziekan jest osobą najsilniej określającą kierunki rozwoju wydziału. Od jego pomysłów, pracowitości, kreatywności, umiejętności współpracy z ludźmi, kultury osobistej i wielu innych cech w znacznym stopniu zależy nasza przyszłość.

Mamy w uczelni pięć wydziałów, staliśmy przed wyborem pięciu Dziekanów. W czterech wydziałach do wyborów stanął tylko jeden kandydat, a tylko na Wydziale Farmaceutycznym z Oddziałem Medycyny Laboratoryjnej o zaszczytne miejsce rywalizowały dwie osoby. Z punktu widzenia zasad wyborczych wystarcza zgłoszenie tylko jednego kandydata, jednak nieodparcie nasuwa się pytanie: czy w uniwersytecie, kuźni myśli, polu rozwoju innowacyjności i miejscu otwartej dyskusji nie powinniśmy być świadkami prawdziwej „burzy” programowej, by wybór Dziekana był pochodną wyboru spośród kilku spójnych wizji rozwojowych? Czy brak takiej dyskusji oznacza, że tych wizji (i kandydatów) po prostu nie ma w naszej uczelni?

Opierając się na mej działalności ostatniego roku z pełnym przekonaniem stwierdzam, że wśród nas jest wiele osób mogących podjąć się trudnej i odpowiedzialnej funkcji Dziekana, osób mających tak odpowiednią wiedzę jak i odpowiednio przygotowanych mentalnie.


Stawiam zatem pytanie: dlaczego nie mieliśmy szansy na rzeczywistą dyskusję programową?

sobota, 10 maja 2008

Maj studentom kojarzy się od lat z okresem zabawy w czasie Igrów studenckich. Sam pamiętam jeszcze z czasów dzieciństwa, jak Gliwice były opanowane przez studentów Politechniki. Na rynku wręczano im uroczyście symboliczne klucze do miasta, którym przez tych parę dni niepodzielnie władali studenci. Także w czasach moich studiów Juwenalia to był okres zabawy i swoiste święto braci studenckiej, czas odreagowania stresu, ale i ładowania akumulatorów na czas zbliżającej się sesji.


Poniżej rozmowa ze studentem Śląskiego Uniwersytetu Medycznego

Pytanie: Jak wyglądają na naszej uczelni Medykalia?
Odp.: W Katowicach w środę był koncert, w czwartek była impreza w Strasznym Dworze, a w piątek jest impreza w Rokitnicy.

Pyt.: Jak rozumiem, w czasie Medykaliów nie ma zajęć, czy tak?
Odp.: Zajęcia są, ale tylko do godziny 11.30, a później są godziny rektorskie.

Pyt.: Czy w innych uczelniach życie studenckie w czasie Igrów wygląda tak samo? Nieco dziwny wydaje mi się fakt prowadzenia zajęć w tym czasie, dawniej jak pamiętam, były po prostu dni rektorskie
Odp.: Wg mojej wiedzy na większości uczelni te dni są całkowicie wolne od zajęć.

Pyt.: Czy zatem podobają Ci się nasze Juwenalia zwane Medykaliami?
Odp.: Myślę, że podobały by mi się bardziej gdyby nie trzeba było nazajutrz stawić się na zajęciach o 8 rano i nie odbywały się w tym samym czasie co sesje STN-u. Wydaje mi się, że prawdziwe święto było by wtedy gdybyśmy mieli 2,3 dni całkiem wolne. To się nam, studentom należy.

Dlaczego w naszej uczelni tradycyjne święto studentów jest karykaturą prawdziwych Juwenaliów, znanych z przeszłości, ale i teraźniejszości innych uczelni?

poniedziałek, 5 maja 2008

W odpowiedzi na komentarz czytelnika bloga dotyczący finansowania budowy szpitala na drugi końcu Polski, informuję, że Senat uczelni na posiedzeniu 22.11.06 podjął uchwałę odrzucającą ofertę Ministerstwa Zdrowia dotyczącą finansowania budowy całkiem nowego szpitala klinicznego dla Wydziału Lekarskiego z Oddziałem Lekarsko-Dentystycznym.

Na ten cel przeznaczono z budżetu państwa kwotę 500 milionów zł, co było wystarczającą sumą na budowę tego szpitala.

Za tą uchwałą głosowało 6 osób.

Ta decyzja była błędna i szkodliwa z punktu widzenia interesów nie tylko wydziału, ale także całej uczelni.

Projekt reformy szkolnictwa wyższego oraz nauki polskiej

Projekt reformy szkolnictwa wyższego oraz nauki polskiej przedstawiony przez zespół powołany przez Minister Kudrycką jest obszernym, liczącym 28 stron opracowaniem. Obejmuje szereg obszarów działalności uczelni. Trudno bez wnikliwej analizy i dogłębnej znajomości wielu szczegółowych zagadnień ocenić ten dokument. Niemniej jego lektura pozwala na postawienie kilku tez:

  • Wprowadzenie proponowanych zmian będzie rewolucją w dotychczasowym systemie dydaktycznym oraz naukowym
  • Dokument zawiera założenie wzrostu nakładów finansowych w wysokości 0,158% PKB rocznie, ale nie wskazuje jak te środki mają być rozdysponowane
  • Wydaje się, że rozpoczęcie zmian na tylu płaszczyznach jednocześnie nie jest możliwe i koniecznie jest wytyczenie swoistej „mapy drogowej” oraz precyzyjne określenie kolejnych kroków reformy; są sprawy ważne i pilne
  • Zbyt mało znajdujemy tu informacji dotyczących najważniejszego aspektu reformy, czyli ludzi. Nie wystarczy pisać o wspieraniu młodych, aktywnych badaczy czy o potrzebie sprowadzenia do Polski naukowców pracujących za granicą. Konieczne jest bardzo jednoznaczne pokazanie tej grupie osób, jakie zmiany zostaną dokonane, tak by byli oni zainteresowani karierą akademicką. Te kwestie uważam za kluczowe; motorem napędowym polskich uczelni, mimo szacunku dla profesorów, mogą być tylko młodzi ludzie. Dlatego na początku dokumentu powinien znaleźć się osobny rozdział kierowany do nich zawierający konkrety, w tym także propozycje dotyczące wynagrodzenia. Bez uzupełnienia tych danych oraz bez dotarcia do studentów, doktorantów i młodych badaczy cała dyskusja będzie toczyła się wśród doktorów habilitowanych i profesorów, czyli grupie z założenia w znacznej części zachowawczej.