Czytelniku, bądź współautorem bloga!


Jeśli znasz interesujące fakty z życia naszej uczelni lub szkół wyższych w Polsce podziel się tą informacją z innymi. Wyślij mi swój tekst na podany adres internetowy, zamieszczę go niezwłocznie na blogu.

niedziela, 13 września 2009

Modo sovietico w Ameryce...

W polskim świecie nauki ciągle spotykamy wzorce z minionej epoki, gdy otwartość, merytoryczna dyskusja oraz swoboda wypowiedzi była ograniczana i manipulowana na różne sposoby. Nie dotyczyło to bynajmniej tylko sfery nauk społecznych czy historii, ale obejmowało także nauki medyczne. Dobrym przykładem z mojego własnego doświadczenia odzwierciedlającym realia minionej epoki jest historia dotycząca wykładu jaki wygłosiłem przed laty w ramach spotkań naukowych Towarzystwa Internistów Polskich. Zgodnie z moimi kompetencjami mówiłem o osteoporozie, a po wykładzie dostałem się po ostrzał pytań ówczesnego konsultanta wojewódzkiego w zakresie chorób wewnętrznych prof. Jana Duławy. Dyskusja była momentami gorąca, ale dotyczyła meritum wykładu. Następnego dnia jeden z moich starszych kolegów, kierując się zapewne uczciwymi pobudkami, zwrócił mi uwagę, że nie mogę sobie pozwolić, jako młody adiunkt, na tak otwartą dyskusję z konsultantem wojewódzkim. „Złamie Pan sobie karierę” usłyszałem od skądinąd życzliwego mi człowieka.

To było w 1995 roku i wcale nie uważałem wtedy (dziś zresztą myślę dokładnie tak samo) bym zachował się niestosowanie lub przekroczył jakieś umowne granice społeczne. Dyskusja po moim wykładzie była prawdziwą wymianą poglądów, ale wtedy to nie było wcale normą. Sam parokrotnie byłem świadkiem gdy padało z sali niewygodne dla wykładowcy pytanie to tzw. autorytet w danej dziedzinie karcił pytającego mówiąc: „Kolego, zadaje Pan takie oczywiste pytanie, co pan robił na studiach?” Albo stosowano inny sposób na unikniecie odpowiedzi polegający na udawaniu, że pytanie nie padło! Nic zatem dziwnego, że znakomita część audytorium jak ognia unikała zabierania głosu w obawie przed ośmieszeniem.

Brałem udział w dziesiątkach kongresów zagranicznych i dotąd nie byłem świadkiem tego typu zachowania wykładowcy. Aż do 12 września 2009. Od 11.09 biorę udział dorocznej konferencji ASMBR (American Society for Bone and Mineral Research) w Denver. Na jednej z sesji dotyczącej bardzo ważnych zagadnień oceny ryzyka złamań prowadzonej przez jednego z guru światowej osteoporozy prof. J. Kanisa zadałem mu pytanie. Chodziło o to, że w algorytmie oceny ryzyka złamań zwanym FRAX (prof. Kanis jest głównym autorem tej koncepcji) nie jest uwzględniona rola upadków i zasugerowałem, że należy w przyszłości wzbogacić FRAX o te informacje. Najpierw profesor wcale nie chciał odpowiedzieć udając, że nie rozumie pytania, ale po chwili w paru zdaniach stwierdził, że nie ma takiej potrzeby by ten czynnik ujmować. W ten sposób zaprzeczył wynikom dziesiątków znanych badań w oczywisty sposób mijając się z obiektywnym stanem wiedzy. W imię własnej nieomylności i doskonałości skopiował znane wzorce znane nam świetnie z polskiego podwórka. To było niewiarygodne, na tak znakomitym kongresie, bodaj najlepszym na świecie, cofnęliśmy się do minionej epoki. Ten przykład pokazuje, że nigdzie na świecie nie ma patentu na stały poziom dyskusji, że takie sytuacje mogą się trafić nawet w Stanach, a brak poszanowania zasad akademickich może dotyczyć osób z krajów tak długiej tradycji uniwersyteckiej jak Wielka Brytania, z której pochodzi prof. Kanis.

Ciekaw jestem jakie doświadczenia dotyczące dyskusji na współczesnych kongresach naukowych mają Czytelnicy bloga, czekam na komentarze.

1 komentarze:

Anonimowy pisze...

Kongresy polskie to głównie źródło dodatkowego dochodu dla prezentujących, uczestnicy zmuszani do zbierania punktów w ramach tzw. ustawicznego kształcenia zawodowego. Kongresy zagraniczne - rzadko możliwe uczestnictwo ze wzglądu na biedę polskich pracowników nauki. Jednorazowy wyjazd to 1-2 pensje uniwersyteckie, dział nauki utrudnia jak tylko może wydawanie delegacji służbowych dla nie-profesorów.