Czytelniku, bądź współautorem bloga!


Jeśli znasz interesujące fakty z życia naszej uczelni lub szkół wyższych w Polsce podziel się tą informacją z innymi. Wyślij mi swój tekst na podany adres internetowy, zamieszczę go niezwłocznie na blogu.

piątek, 18 grudnia 2015

Zawód lekarz, część dziesiąta: Inni lekarze.

Naturalnym współpracownikiem lekarza jest inny lekarz. Na początku drogi zawodowej bardzo istotną rolą ma do spełnienia starszy lekarz, który nadzoruje jego pracę i wprowadza go w świat praktycznej działalności. Pewnie nie każdy miał szczęście spotkać starszego kolegę, którego po latach będzie mógł określić mianem „mistrza”. Ważna jest kultura i wyczucie obu stron, doświadczony lekarz nie może kpić z niewiedzy młodego adepta, a ten z kolei powinien cierpliwie podpatrywać starszego kolegę, czerpać z jego wiedzy i doświadczenia. Ale zostawmy okres stawiania pierwszych kroków i przejdźmy do zasad współpracy między lekarzami już w miarę swobodnie poruszających się w świecie medycyny. Inaczej przebiega współpraca w warunkach ambulatoryjnych, inne zasady dotyczą izby przyjęć lub w czasie dyżuru nocnego Zgodnie z moimi doświadczeniami nie zawsze ta współpraca przebiega prawidłowo; poniżej opisuję kilka prawdziwych sytuacji z życia demonstrujących tego typu niewłaściwe relacje. W warunkach pracy ambulatoryjnej raczej rzadko zdarza nam się osobiście spotykać innych lekarzy poza tymi pracującymi w tej samej przychodni. Współpraca polega na wzajemnym konsultowaniu pacjentów, tu trudności często stwarza nasz system opieki zdrowotnej i długi czas oczekiwania na kolejną wizytę. Częściej zdarza się pośrednio „stykać” z efektami pracy innych lekarzy oraz wymianą zdań między pacjentem i lekarzem na temat innych lekarzy. Niedopuszczalne są wszelkie opinie wyrażane wobec pacjenta dezawuujące działania innych lekarzy. Nie musimy się zawsze zgadzać z innymi, ale określenia, jakie czasem w odniesieniu do innych lekarzy przytaczają pacjenci typu: „co za idiota dał pani takie leki” są nie do przyjęcia. Pewnego razu w czasie dyżuru pielęgniarka o godzinie drugiej w nocy wezwała lekarza do pacjentki. Lekarz internista dostrzegł objawy udaru mózgu i zadzwonił do dyżurnego neurologa. Ku swemu zaskoczeniu zamiast pytań z jego strony dotyczących pacjenta usłyszał: „Czy pan wie, która jest godzina?! Jak śmie dzwonić o takiej porze!” Lekarz dyżurny zachował spokój i kategorycznie zażądał konsultacji. Czy tak powinna wyglądać dobra współpraca? Innym, znanym mi wydarzeniem, a raczej ciągiem zdarzeń jest historia pewnej pacjentki z podejrzeniem niedrożności jelit. Ta kobieta niezbyt fortunnie trafiła na obserwację na oddział internistyczny, co częściowo usprawiedliwiał jej dobry stan ogólny i objawy niedrożności występujące tylko okresowo. Pewnie lepiej by było, gdyby od początku została hospitalizowana na oddziale chirurgii. Od początku hospitalizacji pacjentka była konsultowana przez chirurgów, którzy zlecali kolejne badania. Na wyraźne żądanie lekarza prowadzącego każdorazowo dokonywali wpisu do historii choroby. Ordynator badał pacjentkę, jako czwarty konsultujący lekarz i natychmiast przyjął ją na swój oddział. Niezwłocznie przeprowadzono zabieg chirurgiczny, ale pacjentka po paru dniach zmarła. Ta tragiczna historia wcale nie musiała się zdarzyć, wina pewnie rozkłada się na wiele osób, ale w mojej ocenie w pierwszej kolejności nie było odpowiedniej współpracy między lekarzami. Ważnym przykładem, gdy niezbędna jest współpraca z innymi lekarzami są badania kliniczne. Bez nich nie ma postępu, nie będzie nowych leków i nowych metod terapeutycznych. Badacz ma obowiązek zawiadomić lekarza podstawowej opieki lekarskiej o decyzji pacjenta uczestniczenia w badaniu klinicznym. Jeśli lekarz prowadzący stałą terapię ma jakiekolwiek wątpliwości i pytania powinien zwrócić się do głównego badacza w celu wyjaśnienia wszystkich kwestii. Niestety, w naszych realiach nie ma takiego kontaktu, a normą jest raczej zniechęcanie pacjentów do udziału w badaniu klinicznym.

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Bardzo smutne. Cytat dotyczący upadku nauki:
"Z radością zajęliśmy nam "należne" miejsce w postkolonialnym modelu ekonomicznym, jako folwark z odpowiednio upodloną a więc tanią siłą roboczą. Zwykle po prywatyzacji pierwszą ofiarą były działy naukowo- badawcze przedsiębiorstwa. W końcu "centrala" miała swój. Co najwyżej tego i owego "przetransferowała" do siebie. Uprzedzając argument "co to była za baza badawcza" przypomnę, że w ówczesnych warunkach (tzw. komuna) ci ludzie byli odcięci od najnowszych osiągnięć nauki ale po otwarciu uzyskaliby by dostęp do jej najnowszych zdobyczy i kto wie. Rozgoniono więc towarzystwo i zrobiono "badawczą pustynię", na to nałożyły nikłe nakłady na badania ze strony państwa, które z radością przyjęło do wiadomości, że "wolny rynek na pewno zadziała", nepotyzm na wyższych uczelniach, systemy tworzenia pseudo dorobku naukowego, ogólne zejście na psy poziomu powszechnej edukacji".

Anonimowy pisze...

Tak, pracownicy akademiccy są tanią siłą roboczą.

Anonimowy pisze...

Szumne wypowiedzi o szansach na granty europejskie Horizon2012, a jest gorzej niż źle, a szanse są mikroskopijne. Patrząc na statystyki Horizon, lepiej aby 2 lata wcześniej ktoś powiedział prawdę, że polscy naukowcy mają minimalne szanse.

http://nauka.gov.pl/ns-stats/ns,442.html?url=http%3A%2F%2Fwww.kpk.gov.pl%2F%3Fp%3D27380

Anonimowy pisze...

Cytat z netu:
" Obecne płace w odniesieniu do płac z Polski Ludowej spadły relatywnie 10-krotnie. Przeciętne wynagrodzenie około 2 000 zł, za Gierka ponad 20 000 zł . Gdzie paczka papierosów kosztowała, 3.00 zł , 3.50, 4.50 , cena najtańszych papierosów z okresu komuny, teraz analogicznie 13-15 zł. Gazeta codzienna kosztowała 1 zł, teraz koło trzech. ITD, itp. Wszystko było relatywnie dziesięciokrotnie tańsze niż obecnie. Obywatele nie byli praktycznie zadłużeni, stać ich było na niezłe , spokojne bezstresowe życie. Państwo miało niewielki dług zagraniczny. Teraz z uwagi na demontaż zakładów pracy, budżet państwa opiera się na dochodach z podatków od obywateli, obkładani są ciągle dodatkowymi obciążeniami na rzecz budżetu. Nie proponuje się w zamian nic, jedynie brak pracy, lub płacę za 1800 zł(wybranym)".