Czytelniku, bądź współautorem bloga!


Jeśli znasz interesujące fakty z życia naszej uczelni lub szkół wyższych w Polsce podziel się tą informacją z innymi. Wyślij mi swój tekst na podany adres internetowy, zamieszczę go niezwłocznie na blogu.

czwartek, 7 listopada 2013

O nauce

Od dawna zbieram się do napisania nieco większego tekstu o szeroko rozumianej nauce. Spory odzew Czytelników na niedawne teksty dotyczące nauki pokazuje, że nauka ciągle jest obszarem ważnym dla wielu z nas. Ale codzienna gonitwa nie pozwala na wystarczająco długą przerwę w oderwaniu od spraw bieżących. Zatem niż znajdę ten czas krótka relacja z rozmowy z moim bliskim znajomym, może nawet przyjacielem. To człowiek z szeroko rozumianej branży medycznej, od dawna nieczynny zawodowo, jako lekarz. To człowiek dużego sukcesu życiowego, którego nie sposób podejrzewać o niskie pobudki czy zawiść. Niedawno zapytał mnie wprost:
„Po co w ogóle nadal piszę kolejne prace naukowe, po co mi są potrzebne nowe publikacje, co mi to daje, czy to ma sens?”
W pierwszym odruchu chciałem zaprotestować, oburzyć się…ale zaraz dotarło do mnie, że to trafne spostrzeżenie, a uwaga nie ma żadnego podtekstu i czy drugiego dna.

Pytam: Po co ta zabawa w naukę, czy to jest dobra recepta na życie?!

10 komentarze:

Anonimowy pisze...

Po co zabawa w naukę? Faktycznie, nasza nauka nic nie znaczy, nic nie wnosi, nikt jej w świecie nie potrzebuje. Tutaj niektórzy się oburzą. Trudno. Jednak nawet taka nauka, właściwie do niczego, musi być. Muszą być ośrodki bardzo słabe, słabe, lepsze, jeszcze lepsze, dobre, bardziej dobre, najlepsze. Bo między nimi jest wymiana naukowców. I to jest istotny czynnik selekcji. Nie mogą być tylko ośrodki najlepsze. Przykro, że nie jesteśmy w czołówce, nawet daleko od dobrych, ale jesteśmy, próbujemy i jakoś żyjemy. Bardzo podobnie jest w piłce nożnej. Bez meczów na podwórkach nie będzie reprezentacji. I ci naukowcy, lepsi lub gorsi, mają prowadzić dydaktykę. Nie wiem dlaczego, ale samo nauczanie, bez nauki, nigdzie nie zdało egzaminu. Obecnie nauka to pieniądze, praca w zespole i informacja. Wydaje mi się, że wszystkiego brakuje. Bez pieniędzy nie będzie prawdziwej nauki. Tylko udawanie. Umiejętność pracy w zespole jest znikoma. Na uczelni przepracowałem ponad 30 lat. W zespołach zawsze panowała atmosfera,kto kogo wyobraca (to taki feminizm, ale wymagane słowo będzie skreślone przez Moderatora). Również autorzy publikacji nijak się mieli do faktycznego udziału w pracy.
Niestety, nie wierzę już w polską naukę. Zbyt daleko nam do prawdziwej nauki. W dodatku dystans ten wzrasta. Co lepsi opuszczają kraj, osiadając w lepszych ośrodkach. Następuje selekcja negatywna. A uwzględniając wyżej wspomniane żale, nie wiązałbym większych nadziei z nauką. Oczywiście, będziemy osiągać doktoraty, habilitacje tytuły naukowe, i będziemy się nimi cieszyć w tym wsobnym chowie. Co nie zmieni faktu, że nie jesteśmy już prawdziwą nauką. Ale i taka nauka jest potrzebna.

Anonimowy pisze...

Jesli nauke traktuje sie jako pisanie publikacji, no to to niepotrzebne.

Mnie sie wydawalo, ze nauka to robienie badan naukowych, o ktorych, jesli ustalilismy cos ciekawego, warto poinformowac innych. Innymi slowy, pisze nie po to, zeby pisac, ale dlatego, ze mam cos do powiedzenia. I czasem to cos ciekawego, czasem nie.

Anonimowy pisze...

Pisze Pan, że nie wyobraża sobie wyroku sądowego z błędami. Ja niestety tak. Osobiście widziałem wyrok z poważnymi błędami ortograficznymi. Ostatnio miałem okazję zapoznaznać się z decyzją Prokuratury o umorzeniu śledztwa, w której było 5 zdań. W tych zdaniach było 6 błędów interpunkcyjnych, 1 ortograficzny(u zamiast ó), 2 gramatyczne (błędna forma), i do tego 2 błedy w nazwisku (a zamiast o) oraz nazwisko pisano małą litera!

Anonimowy pisze...

Do Szanownego Anonimowego Dyskutanta z 8 listopada godz 11.37 dyskutuje zaczynający te rozważania.
To jest takie romantyczne podejście. Z opisów pionierskich badań Pasteura, Kocha. Obecnie już to jest nieaktualne. Ogromna wiedza zgromadzona w danym przedmiocie wymaga wieloosobowego ukierunkowania badań, wieloosobowego i wieloośrodkowego i często wielospecjalistycznego podejścia. Przecież nawet w wąskim temacie, w bardzo wąskim temacie, jeden człowiek nie jest w stanie tylko przeczytać to wszystko, co napisano w jednym roku. Teraz trzeba określić kierunek badań, stosowane, najczęściej interdyscyplinarne techniki rozwiązania, sposób opracowania wyników, ich interpretację. Wszystko interdyscyplinarnie. Znaleźć kogoś, kto sfinansuje te badania. Kto sfinansuje przedstawienie tych badań na forum światowym, bowiem taka dyskusja jest konieczna. Następnie przygotowanie publikacji.
na to potrzeba pieniędzy i ludzi. Ludzie zdolni odeszli albo wyjechali do innych ośrodków. jakie są pieniądze każdy wie. Dlatego w pojedynkę robimy różne odkrycia, jeżdżąc za swoje pieniądze na sympozja, przedstawiając wyniki które są ciekawe, ale w naszym kręgu. Ale jak wspomniałem, zdolni i mający fart mogą wyjść z tego kręgu. Idą wyżej. Jada do stanów, są w dobrych zespołach. Natomiast my tutaj kisimy się w swoim sosie, pełni zadowolenia, że obroniliśmy prace doktorską, zrobiliśmy habilitację. Nikomu, poza autorem niepotrzebną, nic nie wnoszącą i niezauważalną w świecie. Bo prawdziwa nauka jest jedna: światowa. Innej nie ma. Ale nie zniechęcajmy się. Takie słabe ośrodki też są konieczne, po to, aby istniały ośrodki silne. I aby istniała dydaktyka.
Reasumując: (i) czasy pojedyńczego naukowca minęły; (ii) do badań trzeba pieniędzy; (iii) i umiejętności pracy w zespole. Czyli samymi dobrymi chęciami nie zrobimy nauki. I Trzeba znać swoje miejsce w szeregu. Tacy jesteśmy.

Anonimowy pisze...

Zgadzam sie, rzecz jasna, ze na nauke trzeba pieniedzy i z reszta tez. Upieram sie jednak, ze istota nauki sie nie zmienila, choc drastycznie zmienila sie jej intensywnosc, typ presji i wiele innych rzeczy.

Co do zdolnych i kiszenia sie, to, po czesci, sami jestesmy odpowiedzialni, nie umiejac, czy tez nie chcac, promowac badan dobrych, piblikowanych w dobrych pismach. Rozsmarowujac cwierc kostki masla na bochenku chleba, osiagamy, ze wszyscy masla powachaja, jednak nikt sie nie naje. A to wlasnie robimy.

Anonimowy pisze...

Zniechęcenie do robienia nauki jest powszechne. Często też dyskutuje się o tym. Kategoryzacje wydziałów dobitnie to potwierdzają i nie pomogą żadne odwołania. Prawdziwą naukę robią najlepsze ośrodki na świecie, najlepiej wyposażone i dysponujące funduszami na ten cel. Tam też migrują najwybitniejsi specjaliści. U nas jest całkiem inaczej. Ten kto się za bardzo zaangażuje w badania i ma jakieś osiągnięcia jest przez swojego szefa stopowany, odstawiany na boczny tor, a nawet mobbingowany. No i otrzymuje polecenie dopisywania innych, chociaż do pracy tych innych nie było. Nieetyczne zachowania szefów to u nas chleb powszedni. Wynikają one z ich słabości i chorobliwej zazdrości. Najpierw oni, a potem długo, długo nikt. Uniemożliwiają awanse osób zdolnych. Ubolewają,że nikt z ich pracowników nie zasługuje na awans i nie chcą mieć w swoich zespołach docentów, a broń Boże profesorów. To bardzo skutecznie zniechęca do pracy naukowej. Trzeba zrobić przegląd kierowników, którzy promują bądź hamują rozwój naukowy swoich podwładnych. Niektórym podziękować. To zadanie dla lidera, ponieważ to właśnie będzie miało wpływ na kategoryzację w przyszłości.

Anonimowy pisze...

Przyznam, ze nie rozumiem wypowiedzi o zniecheceniu do robienia nauki. No to co, przepraszam, Panstwo robicie jako badacze poza pobieraniem pensji?

Oczywiscie rozumiem trudnosci, jednak poza kilkoma, moze kilkunastoma osrdokami na swiecie, w ktorych sprzet i fundusze nie sa problemem, wszscy zmagaja sie z jakimis trudnosciami.

Trudno mi nie myslec o tych narzekaniach jako o alibi na nicnierobienie.

Anonimowy pisze...

Smutne te opisy sytuacji w nauce w SUM. Ale to bardzo złożony problem. Pamiętam, gdy do władzy doszła Solidarność. Wówczas nierobisie, ale działający w Solidarności zaczęli dyktować kierownikowi katedry jak mają przebiegać awanse. Na kierownikach katedr wymagali (byłem wówczas kierownikiem katedry) wysyłania do druku publikacji na zerowym poziomie naukowym i językowym. Pisali publikacje poglądowe na podstawie przestarzałych już podręczników, bez znajomości aktualnego piśmiennictwa, bo nie znali angielskiego. Jaki zakres to zjawisko miało na Uczelni? Nie wiem. Przedstawiam tylko obrazek z uwagą: nie każdy kto myśli że jest genialny, ale ubijany przez szefa, rzeczywiście nim jest. Z drugiej strony ja też byłem zmuszany przez swojego szefa do dopisywania wielu jego kolegów, nawet jego córki, do publikacji. -Ona zasługuje na publikację, bo się wypowiadała w tej sprawie - taki był argument. Taki feudalizm trwa nadal.
Na pytanie Szanownego Dyskutanta z godz 14.20 , co robią naukowcy w pracy, odpowiadam. Robią dydaktykę, udają że robią naukę, walczą z przeciwnościami administracyjnymi, dojeżdżają do dodatkowych prac, w tym również w weekendy, co z pewnością wpływa na ich wydajność intelektualną i fizyczną na Uczelni, zajmują się plotkami, co kto robi i gdzie można się wkręcić, chodzą z ciastkami i koniakiem do szefa. Wystarczy.
Powyższe głosy to tylko wyliczanki, rejestry i żale. Właściwie nic nie wnoszące, nic nie zmieniające. Ja nadal utrzymuję pogląd, że wszystkie instytucje to naczynia połączone. Nie można naprawić tylko szkolnictwa wyższego, bez naprawy całości. Jest takie powiedzenie, czemuś biedny - boś głupi, czemuś głupi - boś biedny. Jesteśmy zapętleni.

Anonimowy pisze...

fajne komentarze. Bardzo mi bliskie, dopiero po chwili uświadomiłem sobie ze przede wzyskim pisza tu lekarze.A wiec myślałem, ze dopisywanie osób było tylko u mnie okazuje się ze jest wszędzie. Szef znany w Polsce odchodzi niemal 25 lat kierownik kliniki Żadnych następców żadnego profesora i docenta. Tylko zaorane i spalone pole.I tylko uśmiecham się kiedy brat będąc w Harvardie,zaczynał swój list: Tu jest wszystko inaczej niż u nas i ze polska nauka nie istnieje i nie jest brana poważnie.To prawda Katowice czy Kraków, Lublin czy Gdańsk to samo.

Anonimowy pisze...

Skoro robia dydaktykę i udaja robienie nauki, to powinni przejść na etaty dydaktyczne.

Natomiast bez watpienia uczelnia powinna wspierać w likwidowaniu praktyk feudalnych, które na medycynie wydaja sie szczególnie zauważalne.